Czyli o nas, dzieciach PRL-u
Część druga
Ja urodziłem się w roku 1973. To był średnio ciekawy rok. Premierem w Polsce jest Piotr Jaroszewicz (ten od kur), Pierwszym Sekretarzem Edward Gierek, w dalekiej Ameryce rządzi Richard Nixon, zajadły komuchożerca, a w Związku Radzieckim „kochany” Lońka. Czyli Leonid Breżniew.

W tym samym roku Wielka Brytania, Irlandia i Dania dołączyły do Unii Europejskiej (by w przypadku Wielkiej Brytanii, wystąpić z niej po czterdziestu siedmiu latach), w Styczniu ukazał się debiutancki album Aerosmith, na Księżycu wylądował Łunochod, a NASA umieściła na orbicie okołoziemskiej stację kosmiczną Skylab. Wciąż trwa wojna w Wietnamie, choć podpisano chwilowy rozejm, ukazał się album Pink Floyd, Dark Side of The Moon, odbyło się oficjalne otwarcie biurowców World Trade Center (nikt jeszcze nie wie, że przetrwaja tylko 28 lat), Motorola zaprezentowała pierwszy telefon przenośny, zespół Queen wydał swoją pierwszą studyjną płytę Queen (co ma dla mnie znaczenie szczególne, ponieważ miało to miejsce dokładnie w moje urodziny), wybuchła i zakończyła się wojna Jom Kipur, a w Sydney, w Australii oddano do użytku gmach opery, który z miejsca trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wystrzelono załogowy statek kosmiczny Sojuz 13, odbyła się premiera filmu Egzorcysta, a w Sydney pierwszy koncert ACDC…

W Polsce nie działo się nic szczególnego, może poza tym, że rok 1973 ogłoszono rokiem kopernikowskim, powstał koncern wydawniczy RSW, rozpoczęto budowę huty Katowice, po raz pierwszy odbyło się losowanie „Toto Lotka” i zakończono produkcję samochodu Warszawa. Za to w Bielsku-Białej rozpoczęto montaż Fiata 126p. Na razie z włoskich części. Polskę odwiedził Leonid Breżniew, a nasz Ił-62 Kopernik po raz pierwszy poleciał za ocean, do Nowego Jorku.

Tylko w tym roku odbyła się premiera około piętnastu filmów polskich. Wesele Andrzeja Wajdy, Kopernik, Wielka Miłość Balzaka, Poszukiwany poszukiwana, Motyle, Chłopcy, Wniebowzięci, Niebieskie jak Morze Czarne, Hubal, Stawiam na Tolka Banana, Zazdrość i medycyna, Iluminacja (Krzysztofa Zanussiego), Chłopi, Sanatorium pod klepsydrą i Czarne Chmury.

Nie pamiętam oczywiście tych wszystkich wydarzeń, wydawało mi się zresztą, że w domu coś tam się dyskutowało na temat polityki, wiedziałem że Gierek to jest ktoś bardzo ważny, ale niekoniecznie lubiany, że istnieje ktoś taki, jak Breżniew i że w Ameryce też go nie lubią. U nas może nie lubią go trochę mniej, ale nie wiedzieć czemu, gdy rozmawiają o nim, ściszają głos. W telewizji może powiedzieliby coś więcej, ale dla mnie wtedy liczyły się przede wszystkim dobranocki, Teleranek (po którym był serial La Linea i „Niewidzialna Ręka”), oraz w Soboty program 5-10-15, ale tylko dlatego, że puszczali w nim czasami zagraniczne kreskówki. Miś Yogi, Pies Huckleberry, Tom i Jerry, a nie raz trafił się, jak zabłąkany rodzynek na dnie puszki, Struś Pędziwiatr, czy Królik Bugs. Jakoś tak w okolicach tego programu (a może w nim samym?) nadawanno serial o delfinie Um. Najlepsza była z niego piosenka tytułowa, a najlepszy odcinek, to ten z ośmiornicą.

W ogóle nie rozumiem, czemu zrezygnowano z „dobranocek”. Skoro już jesteśmy przy telewizji, to poświęćmy jej parę słów. Za naszych czasów była ona przeważnie czarno-biała, nudna, pełna „gadających głów” i mieliśmy tylko dwa programy. Jedynkę i nieco bardziej ambitną Dwójkę. Teraz mamy tych programów kilkadziesiąt, oglądamy je na kolorowych płaskich ekranach i… Tak naprawdę, nie ma co obejrzeć.
Przede wszystkim, warto powtórzyć truizm o roli telewizji publicznej, a taka ona kiedyś była, na tych dwóch programach. Edukacja, informacja i kultura. Żadnych reklam, ani taniej kiczowatej szmiry robionej pod gusta masowego odbiorcy. Bo my byliśmy przez telewizję wychowywani i to dobrze wychowywani. Dlatego, że robili to ludzie przygotowani do swojego zawodu. Aktorzy, dziennikarze, publicyści i tak dalej. Jeśli był film, to najprawdopodobniej scenariusz napisał ktoś zajmujący się scenariuszopisarstwem, wyreżyserował go reżyser, a zagrali w nim aktorzy, po studiach w różnych szkołach teatralnych, albo filmowych. To dawało pewną gwarancję, że otrzymywaliśmy dobry produkt, o określonej wartości rozrywkowej i kulturalnej. Coś, co nas wzbogacało wewnętrznie. Dziś za tworzenie telewizji biorą się absolwenci szkół marketingu i celebryci, którzy widzą tylko jeden cel. Kasę. Te wszystkie „Big Brothery”, Mam talent i Tańce z gwiazdami, zepsuły publiczność i nauczyły ją, że to, co dawniej byłoby uznane za robienie z nas idiotów, dziś jest obowiązującym standardem. I tak, jak w tej bajce o nowych szatach cesarza, wszyscy boją się zakrzyknąć, że – Król jest nagi! – żeby ich przypadkiem nie posądzono o ignorancję.

Weźmy takich Milionerów. Kiedyś mieliśmy Wielką Grę, prowadzoną w ostatnich latach przez panią Stanisławę Ryster i właściwie to nie wiadomo, czy oglądało się ją bardziej, by podziwiać rewelacyjnie przygotowanych uczestników, czy właśnie dla samej pani Stanisławy. My po prostu lubiliśmy oglądać ludzi, którzy byli mistrzami w swoim fachu. Ona nie robiła z siebie błazna, jak Urbański w Milionerach, nie stroiła min, jakby coś ją bolało i w ogóle była przez cały czas tak naturalna i swobodna, jakby to nie było nic wielkiego. A emocje były takie, że nie raz przygryzaliśmy palce z napięcia. Niektórzy nie wytrzymywali i musieli wyjść do kuchni, żeby zrobić sobie kanapkę.
A Urbański? Wzdycha, przewraca oczami, rozwłóczy dwu, trzy wyrazowe zdania na kilka godzin i drażni ludzi, przerywając w najbardziej (jego zdaniem) kulminacyjnym momencie, żeby zaprosić na siedemnasty w tym odcinku, blok reklamowy. A wszystko razem, pomimo tych zabiegów, jest tak emocjonujące jak roztrząsanie obornika. No i właśnie… Reklamy. Kiedyś ich nie było, bo telewizja była publiczna, reżymowa i w ogóle była tubą propagandy komunistycznej. Dziś mamy różne Tefałeny, Polsaty i całą masę innych, na których gdy leci (przypadkiem) jakiś fajny film, to jest 10 – 15 minut filmu i 15 – 20 minut reklam. Znów 10 – 25 minut filmu i kolejne 15 – 20 minut reklam. To jest tak wkurwiające, że człowiekowi odchodzi chęć do oglądania czegokolwiek. Zresztą oglądalność telewizji i tak spada, niczym głaz zrzucony z Mount Everestu, bo z reguły to samo, tylko że bez reklam, można obejrzeć na jutubie.

Telewizje się tłumaczą, że „wpływy z reklam umożliwiają jej oglądanie za darmo”, ale jest to kolejny, robiący z nas idiotów, kit. No bo kto z Was ma telewizję i nie musi za nią płacić? Ja płacę dwa razy. Raz za kabel, a dwa, abonament. I pomimo to, muszę w ciągu półtoragodzinnego filmu, obejrzeć dwie godziny reklam, co wydłuża seans do trzech i pół godziny i zanim się skończy, ja już dawno śpię. Bo rano muszę wstać do pracy, żeby na tą gównianą telewizję zarobić.
A zatem – Reżymowa, nudna, czarno-biała peerelowska, dwuprogramowa telewizja, czy współczesna, kolorowa, na siedemdziesięcio calowym płaskim ekranie, z tysiącem programów? Dziękuję. Wezmę tą pierwszą. A raczej wziąłbym, gdybym mógł. Generalnie nie oglądam zbyt dużo, bo nie mam na to czasu, ale jak porównuję to, co widzę dziś i to co pamiętam z dawnych lat, to sumaryczny stosunek tych dwóch epok, pod względem ilości interesujących programów, wynosi 10 do 1. Na korzyść tamtej starej.

Programy dla dzieci. Mieliśmy dobranockę (o czym już mówiłem) i każdego dnia było to coś innego. W poniedziałek był np. Reksio, we wtorek Bolek i Lolek, w środę Rumcajs, w czwartki Żwirek i Muchomorek, i tak dalej. W sobotę i w niedzielę zazwyczaj dawali coś lepszego, a w niedzielę dobranocka trwała dłużej i wtedy leciały często bajki Disneya, Pszczółka Maja, O czym szumią wierzby, albo inne Gumisie. Był też Miś Colargol, Muminki (przy czym najpierw były te kukiełkowe, zrobione przez wytwórnię SE-MA-FOR w Łodzi, a dopiero później, w latach 90 pojawiły się rysowane, kręcone w Japonii), Zaczarowany Ołówek, Miś Uszatek, Przygód kilka wróbla Ćwirka, Kot Filemon, Wilk i Zając, Przygody Koziołka Matołka, Porwanie Baltazara Gąbki, Pomysłowy Dobromir, Słoń Dominik i… Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Dla starszych dzieciaków były takie seriale, jak wspomniany już Delfin Um, Załoga G (znana za Zachodzie, jako Battle of Planets), Jana z dżungli, HeMan i władcy wszechświata, Muppet Show i Fraglesy (bajki Jimiego Hensona), oczywiście Ulica Sezamkowa (sporadycznie), D’Artagnan i trzej muszkieterowie, oraz seriale z serii Był sobie człowiek i później Było sobie życie.
Popołudniami też nadawano coś dla dzieciaków i były to z reguły (choć nie zawsze) programy edukacyjne. W poniedziałki o 16:30 Zwierzyniec, prowadzony przez wspaniałego Michała Sumińskiego, przez równe dwadzieścia lat.

Przy Zwierzyńcu warto zatrzymać się na chwilę, ponieważ jest to świetny przykład ogromnej przewagi, jaką miała tamta „zła” telewizja, nad tą dzisiejszą „dobrą”. Nie wszyscy może wiedzą, że był to program bardzo „interaktywny”, jakbyśmy dziś powiedzieli. Dzieciaki włączały się chętnie w jego realizację. Liczyły np bociany w całej Polsce, budowały karmniki, dokarmiały zwierzęta, a później przysyłały do redakcji listy, w których o tym opowiadały. Były nawet specjalne legitymacje z miejscem na zdjęcie i znaczki, które się wklejało samemu, gdy zrobiło się coś pożytecznego. Podkreślam słowo – samemu – ponieważ to dzieci decydowały, czy mogą przykleić taki a taki znaczek. I nikt nie oszukiwał! Później wysyłało się taką legitymację do Zwierzyńca i wiecie, co było nagrodą? Plakietka z napisem Przyjaciel Przyrody, którą można było przypiąć do ubrania. I było super! Bo myśmy te rzeczy robili nie dla nagród. Telewizja potrafiła nauczyć nas szacunku do przyrody i do tego, żeby coś zrobić bezinteresownie, dla idei. A nie dla nagród. Dziś bez obiecanego miliona, albo luksusowego auta, nikt nie będzie sobie dupy zawracał. A my byliśmy dumni, że zbudowaliśmy karmnik, albo zaopiekowaliśmy się chorym ptakiem. U mnie w domu był kruk, sowa, jeż, a nawet wiewiórka. Sowa była najlepsza, bo w nocy latała po mieszkaniu i polowała na myszy, które świetnie w ciemnościach widziała…

Kolejny program, który zyskał niesamowitą popularność, nie dzięki efektom specjalnym i możliwości wygrania jachtu, ale dzięki osobowości prowadzącego i prostej kukiełce zrobionej ze sznurka, kawałka gąbki i paru kawałków żyłki wędkarskiej. Piątek z Pankracym, o godzinie 16:40 oglądały chyba wszystkie dzieci w Polsce. Albo prawie wszystkie.

Na zdjęciu widzimy Zygmunta Kęstowicza i Huberta Antoszewskiego, który był najsławniejszym i chyba jedynym wtedy lalkarzem w polskiej telewizji. Tu, udzielał głosu postaci Pankracego.
Nie będę się rozpisywał na temat samego programu, myślę że wszyscy pamiętamy piosenki – Cztery łapy, Psiejsko czarodziejsko, czy chociażby piosenkę na zakończenie…
Już minęło pół godziny z psem Pankracym.
Znów za tydzień się spotkamy, lecz inaczej.
Będą filmy, ale jakie? Któż to wie…
Zaśpiewamy znów piosenkę, może dwie.
Więc za tydzień znowu piątek z psem Pankracym.
I z uśmiechem powitamy was jak dziś.
Więc za tydzień znowu piątek z psem Pankracym.
I z uśmiechem powitamy was jak dziiiiiiiiiiś.
Chciałbym jednak powiedzieć o jednej ważnej rzeczy, a mianowicie o tym „fanatyźmie”, o którym wspominałem w pierwszej części. Czyli o ludziach, którzy nie zapominają i nie przebaczają nigdy. Skąd się biorą? Dlaczego mają zawsze coś do powiedzenia i dlaczego to od nich zależy nasz los? Tego nie wiemy. Wiadome są tylko te rzeczy, które oni zniszczyli, powodowani osobistymi niechęciami i nienawiścią. Otóż Pankracy, jak wiele innych programów, książek, czasopism, zakładów, wydawnictw, oraz pomników i budowli, został zlikwidowany, jako… Nie uwierzycie. Relikt komunistycznego reżymu.
Andrzej Drawicz, który w roku 1990 był prezesem Telewizji Polskiej, wyrzucił Pankracego na zbity pysk, ponieważ „chciał się pozbyć wszystkich programów mających rodowód z czasów PRL-u”. Powiedział wtedy – Koniec z dyktaturą PZPR w TVP. Tylko co miał wspólnego z PZPR-em Pankracy? Nie wiedziałem, że należał do jakiejś partii. A jeśli nie należał, to czemu wyleciał? W ramach „popeerelowskiej czystki” niszczono wszystko, jak leci. Wystarczyło, że jakieś wydawnictwo splamiło się jednym „nieodpowiednim” tytułem, fabryka miała partyjnych w kierownictwie, albo handlowała z „ruskimi” (ten los spotkał np wytwórnię telefonów w Radomiu) i równano je z ziemią.
Nie ważne, że Pankracy był świetnym, przyciągającym dzieciaków jak magnes, uczącym szacunku do otoczenia i budowania relacji międzyludzkich, programem. Nie ważne, że miał powodzenie, o jakim wiele programów może dziś tylko pomarzyć i w ogóle nie ważne jaki był. „Urodził” się w 1978 roku, czyli podobnie jak całe nasze pokolenie X, w PRL-u. To wystarczyło, żeby wydać wyrok. Niestety, historia ta miała dalszy ciąg. Animator ożywiający Pankracego, Hubert Antoszewski, został zatrudniony w programie Reginy Sawickiej, Domowe Przedszkole, gdzie wcielając się w rolę jakiegoś kota, z przyzwyczajenia wygłosił parę zdań głosem Pankracego. Sawicka wpadła w szał i od razu zarzuciła mu, że „próbuje tylnymi drzwiami, jej na złość, przywrócić Pankracego”. W rezultacie wyrzucono go z pracy, ze skutkiem natychmiastowym. To go załamało. Zmarł w 1999, zostawiając pogrążonych w żałobie nas, wiernych fanów piątkowych programów z niezapomnianym psiakiem ze sznurka…

W tym momencie muszę wyjaśnić, że wbrew temu, co można przeczytać na wielu blogach i stronach poświęconych czasom PRL-u, Domowe Przedszkole nie było naszym programem. Zaczęto go emitować w 1982, a zdjęto w 2000 z powodu… Zbyt niskiej oglądalności. To może być jakieś wytłumaczenie, czemu jego twórczyni była taka cięta na pana Huberta. Była zazdrosna? W każdym razie postąpiono z człowiekiem tak paskudnie, że wpędzono go w końcu do grobu.
A teraz z innej beczki. Kto pamięta (pytanie adresowane przede wszystkim do chłopaków) takie czasopismo Kalejdoskop Techniki? W PRL-u było mnóstwo pism dla dzieci i dla młodzieży, były książki, bajki, których dziś próżno szukać. Tak zwani „specjaliści od rynku” tłumaczą, że ludzie i dzieci przestały czytać, że wolą oglądać w tv, albo w internecie. To trochę prawda, ale czy teraz w ogóle jest co poczytać? Przypuszczam, że wątpię (że pozwolę sobie użyć takiego eufemizmu). Mieliśmy Misia, Kolorowe obrazki (nie pamiętam szczegółów, ale było to pisemko z łamigłówkami, typu „pokoloruj pola oznaczone symbolem…”, połącz kropki, albo z labiryntami, które bardzo lubiłem), Świerszczyka, Płomyczek (z którego poznawaliśmy, bodaj po raz pierwszy w Polsce, przygody Mikołajka, ale on (Płomyczek) był zły, bo podobno bolszewicki…

Wróćmy jednak do Kalejdoskopu Techniki… Był to założony w 1957 roku, pierwotnie pod tytułem „Horyzonty Techniki dla dzieci” miesięcznik popularnotechniczny dla dzieci i młodzieży w wieku 7-14 lat, wydawany przez Wydawnictwo Czasopism i Książek Technicznych NOT-SIGMA. Bo istniały też „Horyzonty Techniki” dla dorosłych, obok Młodego Technika, Radioamatora (nazywanego przez nas Radiomatołkiem), Przeglądu Technicznego, Zrób sam i jeszcze paru innych, nieco bardziej specjalistycznych pism technicznych. Była też wersja dla dzieci młodszych (5-8 lat) i nazywała się „ABC Horyzontów Techniki dla dzieci”, później przemianowana na „ABC Techniki”. Popularność tego miesięcznika była tak ogromna, że tłumaczono go nawet na język rosyjski (Горизонты техники для детей). Już się domyślacie? Tak… W 1990 pismo zostało zlikwidowane. Wszystko, co miało choćby cień podejrzenia o „kolaborację z wrogim systemem”, zostało wycięte w pień. A przecież tysiące dzieciaków uczyły się z Kalejdoskopu majsterkowania, dowiadywały się, jak działają różne urządzenia (takie ówczesne How they do it), poznawały matematykę, chemię… Pisali tam artykuły tacy ludzie jak Adam Słodowy, czy Stefan Sękowski… A teraz, dzieciaki nie majsterkują, nie interesują się techniką i tak jest wygodniej. Bo zamiast samemu wymienić spaloną żarówkę, zadzwonią po specjalistyczną firmę, która przyjedzie i tą żarówkę wymieni. Rosną pokolenia tępych matołów, którzy patrzą się na nas z niedowierzaniem, gdy mówimy, że na przykład sami coś pichcimy w kuchni.
Niektóre z tamtych pism, ukazują się do dziś. Ale to jest tylko odcinanie kuponów od legendy. Z tamtymi, prawdziwymi wydawnictwami, to nie ma nic wspólnego, poza nazwą. Weźmy takiego Świerszczyka. Dziś jest wydawany przez prywatną firmę Nowa Era, jest kolorowy, pełen reklam i nie sądzę, że cieszy się taką samą popularnością jak kiedyś. A nazwa… To jest osobny temat. Rzecz w tym, że w PRL-u nie było czegoś takiego jak prawa autorskie, czy zastrzeżenie nazwy (logo). Znaczy były, ale nikt tego nie pilnował, ani nie traktował poważnie, bo i po co? W rezultacie, po tak zwanych przemianach ustrojowych i złodziejskiej prywatyzacji, do wielu państwowych firm i przedsiębiorstw dorwali się ci, którzy mieli odpowiednie „chody”. Czyli w większości element mocno szemrany. W myśl zasady – kto pierwszy, ten lepszy. Niestety, myliłby się ktoś, kto sądziłby, że państwowe, a niegdyś prywatne (tylko znacjonalizowane) firmy, trafiły po latach do ich prawowitych spadkobierców. W większości przejął je ówczesny „establishment” i tak zwani „polscy biznesmeni”. Czyli właściwie… Nie wiadomo kto i lepiej tego nie wiedzieć. Ale o tym opowiem szerzej w następnej części.

Osobną kategorię stanowiły filmy i seriale dla dzieci, których było tak dużo, że nie jestem w stanie (czy ktokolwiek jest?) wymienić ich wszystkich, więc powiem tylko o tych, które mnie utkwiły w pamięci najbardziej. Moim faworytem była Majka z kosmosu (byłem zakochany, jako dzieciak w tej dziewczynie), później Dziewczyna i Chłopak, Wakacje z duchami, Stawiam na Tolka Banana, Arabela, Nikogo nie ma w domu (Nikto ne je doma), Siedem życzeń, Podróż za jeden uśmiech, Janka, Akademia Pana Kleksa (byliśmy na tym całą klasą w kinie) i… Całe mnóstwo produkcji kinowych, które z reguły były całkiem niezłymi filmami, a zdarzały się i wybitne… Nie chce mi się dalej wyliczać, bo to jest tak, że każda kolejna rzecz wyzwala całą masę wspomnień, a nieprawdą jest (co często jest zarzutem młodszych pokoleń, pod naszym adresem), że „wspominamy tamte czasy, jako lepsze, bo przypominają nam one naszą młodość”. To jest mit, bo w rzeczywistości, nie możemy zrozumieć, jak dziś ludzie mogą żyć, bez tego wszystkiego co my mieliśmy. Tu, niektórzy podnieśli głowy z nad swoich smartfonów i zakrztusili się chipsami, bo… Jak to „bez tego wszystkiego”? Przecież mamy telefony, cyfrowy sprzęt, internet, kablówkę, 300 kanałów, wifi…
Zastanówmy się… Gdy na przykład pójdziecie do sklepu z żarówkami, większość z nich, ma wbudowane wifi. Kupujecie taką żarówkę, pobieracie za pomocą kodu QR na opakowaniu, specjalną apkę, na swojego smartfona i… Nie musicie już przełaczać tego „gupiego pstryczka” na ścianie, wystarczy się zalogować w aplikacji, podać swoje dane, zweryfikować tożsamość (najlepiej numerem karty kredytowej) i tadam! Możecie wreszcie włączać i wyłączać światło, jak ludzie, a nie jak jacyś prymitywni jaskiniowcy…

Albo lodówka… Zacytuję fragment opisu, wzięty ze strony sklepu (już użyłem tego tekstu w jednym z poprzednich artykułów. Pełny tekst z moim komentarzem tutaj)…
„Aby sprawdzić zawartość inteligentnej lodówki z wyświetlaczem, wcale nie musisz otwierać jej drzwi. Lepiej! Nie musisz nawet być w domu. Kamera wewnątrz komory chłodzenia pozwala na stały monitoring jej zawartości i daje szybki podgląd na znajdujące się w lodówce produkty, kiedy na przykład jesteśmy na zakupach. Dzięki temu nigdy już po powrocie do domu nie odkryjesz, że kupiłeś dokładnie to, co już masz, zapominając o tym, czego Ci brakuje. Lodówka z Internetem pomogą też w sporządzeniu listy zakupów. Korzystając z mobilnych aplikacji, możesz na wyświetlaczu urządzenia na bieżąco uzupełniać listę, kiedy coś się skończy lub gdy planujesz posiłki na kolejne dni...”
Czy Wy naprawdę aż tak bardzo zgłupieliście? Czy nie zauważyliście tego, że włączenie światła zwykłym przełącznikiem na ścianie, było znacznie prostsze i czyniło Was niezależnymi od sieci wifi, od aplikacji, od dostępu do internetu i bez całego tego dziadostwa, o którym nawet nie macie pojęcia, jak działa? Czy naprawdę tak zdurnieliście, że potrzebujecie lodówki, która „pomoże Wam stworzyć listę zakupów”? Pomijając już taką drobnostkę, jak wizja przyszłości, znana z wielu starych filmów sf, gdzie ludzie są tak uzależnieni od techniki, że najdrobniejsza awaria czyni ich całkowicie bezwolnymi i bezradnymi, czy naprawdę myślicie, że wsadzenie do żarówki modułu wifi i sterowanie jej włączeniem przez aplikację, czyni Was nowocześniejszymi, a wasze życie lepszym?
Pokażcie nam lepiej swoje hobby. Pokażcie, co zmajstrowaliście samodzielnie. Może jakąś szafkę, może wieszak… Powiedzcie, co ostatnio samodzielnie naprawiliście. Jaką przeczytaliście książkę, wiedzę na jaki temat zgłębiliście? Pokażcie nam swoją kulturę. Pokażcie nam muzyków, aktorów, artystów malarzy, rzeźbiarzy, fotografów… Zarekomendujcie jakiś dobry film, albo program telewizyjny, o wartościach poznawczo – edukacyjnych. Pochwalcie się sukcesami naszych sportowców. Polećcie jakieś polskie marki, odzieżowe, meblowe, przemysłu ciężkiego, maszyn, albo chociaż spożywcze. Pochwalcie się sławnymi polskimi uczelniami…

Mieliśmy w Polsce takie osiągnięcia i tyle wspaniałych rzeczy, z których Polska była sławna na całym Świecie, że gdybym chciał pokazać tylko te najważniejsze, to powstałby kilkutomowy album. Na powyższym zdjęciu, pierwszy lepszy przykład. Polski reaktor atomowy, Maria, zaprojektowany i wykonany w całości przez polskich specjalistów, ponad pięćdziesiąt lat temu. Wciąż działa! Czy dziś, wasze „nowoczesne pokolenie”, byłoby w stanie coś takiego stworzyć? Obawiam się, że nie. Nie jesteście dziś zdolni nawet do zaprojektowania młotka. Wszystko kupujecie w Chinach, albo w Indiach…
Jednym zdaniem – pokażcie nam coś, czego my nie mieliśmy, a wy macie i co naprawdę czyni wasze życie lepszym, pełniejszym i ciekawszym. O radości nawet nie wspominam, bo wystarczy popatrzeć dziś na te smutne gęby na ulicy, żeby odechciało się żyć… Naprawdę? Macie coś takiego? To się pochwalcie.
Prawda jest taka, że nie macie NIC nowego, ale za to bardzo dużo straciliście. Już nigdy nie będzie Wam dane przeżyć choćby jednej setnej tego, co my…
…Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli
Takiej musztardy i takiego mleka
Nigdy nie będzie takiego lata
Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić
Księżyc nie będzie tak pięknie wisiał
Nigdy nie będzie takiej telewizji
Takich kolorowych gazet
Nigdy nie będziesz dla mnie miła taka
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań
Nigdy organista tak pięknie nie zagra
Nigdy Bóg nie będzie tak blisko
Tak czuły i dobry jak teraz…
Tekst – Marcin Świetlicki, Filandia…
W tej części zastanawialiśmy się głównie nad wartościami „wyższymi”, charakterystycznymi dla naszego pokolenia, pokolenia X. W następnej części, powiem Wam parę słów na temat spraw dużo bardziej przyziemnych. Czyli na przykład o tym, że prawdopodobnie już nigdy nie spróbujecie polskiej wódki, ponieważ właścicielem wszystkich znaczących marek, jest dziś Русский Cтандарт.