Canon EOS

Czyli aparaty z tamtych lat – część 3

Miałem już Prakticę, miałem Zenita, oraz ofiarowanego, nie dożywotnio, a na „czasowe użytkowanie” Feda. Trafiła się też jakaś Zorka, Smiena, którą nie zrobiłem, aż do dziś, ani jednego zdjęcia, no i parę innych aparatów, które łączyło jedno. Wszystkie były wyprodukowane w jednym z dwóch bratnich, socjalistycznych krajów, a więc w Związku Radzieckim, lub w Niemieckiej Republice Demokratycznej (demokratycznej rzecz jasna tylko z nazwy). Co dziwne, nie miałem ani jednego aparatu czeskiego (to dopiero później), choć Czechosłowacja również była krajem socjalistycznym. Ale u nich było jednak inaczej. Mieli „Czeszki”, znacznie więcej słodyczy w sklepach i w ogóle…

W Polsce zaczęły się pojawiać aparaty nazywane „zachodnimi”, choć w rzeczywistości, większość z nich pochodziła z bardzo dalekiego Wschodu, czyli Japonii. To były lata 90, skończył się komunizm (co obwieściła w telewizji pani Szczepkowska) i nagle w sklepach zaczęło być pełno wszystkiego. Książek, sprzętu AGD, aparatów, zegarków, baloników na druciku i tym podobnych dóbr. Krótko mówiąc, nastał „kapitalizm” i my być od tej pory wielki świat.

Aparaty jeszcze nie były dostępne w sklepach, ale wszystko, co tylko oferowała cała światowa produkcja, można było nabyć na giełdzie fotograficznej, odbywającej się w każdą niedzielę w klubie studenckim „Stodoła”, w Warszawie. Miałem jednego klienta, który przynosił mi do naprawy całe mnóstwo sprzętu. Później wiózł to wszystko do Stodoły i opylał, a za to co utargował, kupował kolejny sprzęt i po „podpicowaniu”, tudzież podmalowaniu tu i tam, znów sprzedawał. Jego „arsenał”, to były różne narzędzia do czyszczenia i polerowania, oraz… Pudełko pasty do butów, która czyniła cuda ze starymi skórzanymi futerałami od Zenitów.

Kiedyś zapytałem go, czy nie ma jakiegoś fajnego aparatu AF i już na następny tydzień mi przyniósł. Szefuńciu, mucha nie siada. Najlepszy sprzęt żem panu przyniósł, jakim tylko znalazł. I dał mi takie cóś…

Nawet z takim samym obiektywem. Oooo… To było naprawdę „Cóś”! Pamiętam bardzo dobrze pierwsze wrażenie, gdy aparat SAM ustawił ostrość. A później SAM przewinął film! Wtedy prawie zapiszczałem z radości, jak jakaś nastolatka! Nie, żebym widział takie bajery po raz pierwszy. Przecież naprawiałem aparaty i choć nieczęsto, ale jednak ktoś mi przynosił, również lustrzanki AF. Tylko że co innego jest naprawiać, cudze, a co innego mieć taką maszynę na własność!

Canon EOS 650

Mało kto wie, że EOS 650, jest pierwszym aparatem tej firmy, w którym zastosowano AF, nowe mocowanie obiektywu EF, oraz parę innych rozwiązań, które obowiązują do dziś. Canon ten, pojawił się w Marcu 1987 roku i wyznaczył drogę rozwoju dla wszystkich późniejszych lustrzanek firmy. Np muszla oczna i właściwie większość elementów sterujących, są dokładnie te same, co we współczesnym cyfrowym 5D MkII. Pokrętło sterujące stało się standardem, poprzez wszystkie modele na film, 5D MkII, aż po 1Ds MkIII.

Zmiana bagnetu była konieczna, jeśli chciało się wprowadzić całkiem nowy system. Stare mocowanie FD było w ogóle nierozwojowe, więc musiało zostać zastąpione czymś, co zaprojektowano całkowicie od nowa. W ogóle cały aparat nie przypominał w niczym (za wyjątkiem górnego wyświetlacza) żadnego z aparatów wyprodukowanych do tej pory. Ponieważ system EOS (Electro Optical System) był totalną nowością i należało się liczyć z tym, że będzie używany jeszcze bardzo długo, więc nie mogło być mowy o żadnej fuszerce. Takiej, jaką zrobił Nikon, który nie zmienił niczego i właśnie dlatego do tej pory używa bagnetu z mechanicznym sprzężeniem przysłony, oraz mechanicznym ustawianiem ostrości (śrubokręt), tym samym od 1959 roku.

Spójrzcie, ile Canon zebrał (i wciąż mu to wypominają) batów, za to że zmienił system i zostawił na lodzie tych, którzy nakupili drogich „eLek” z mocowaniem FD (nawiasem mówiąc, teraz jakoś nikt nie protestuje, że zmienili EF na R, choć to było w ogóle niepotrzebne). Ale to było zagranie Va banque. Bo ktoś tam u nich przewidział, że owszem, stracą tych paruset klientów, którzy będą się zarzekać, że „Nigdy w życiu nie kupią już Canona!”, ale jak dobrze pójdzie, to za 10 lat może uda im się zastąpić Nikona na rynku aparatów profesjonalnych. Bo to właśnie Nikon był wtedy numerem jeden. Pomylili się o połowę…

Już po 5 latach od zmiany systemu, większość fotografów sportowych, przyrodniczych i fotoreporterów, przeniosła się do Canona, głównie ze względu na doskonały system AF. I choć później pojawiały się Nikony, które pod tym względem wygrywały z Canonem, to jednak w walce o pierwsze miejsce wśród fotografów zawodowych, niekwestionowanym zwycięzcą był i pozostaje Canon. Wygrał właśnie systemem EOS, w którym wszystkie funkcje obiektywu są realizowane na drodze elektrycznej. Również przysłona. Działa to szybko, niezawodnie i prawie bezgłośnie.

I to właśnie dlatego różne obiektywy Nikon AF, AF-S i G nie są ze sobą kompatybilne, podczas gdy wszystkie obiektywy Canon EOS są. Nawet po 23 latach obiektywy AF-S i G firmy Nikon tylko częściowo dorównują obiektywom EF Canona z lat 80.

Canon EOS 620

Pojawił się zaledwie dwa miesiące później. Miał dodaną multiekspozycję, auto bracketing, krótszy czas synchronizacji z lampą (1/250 sek) i w ogóle szybszą migawkę, której najkrótszy czas wynosił teraz 1/4000 sek. A największym bajerem, było podświetlenie górnego wyświetlacza, po raz pierwszy zastosowane w aparacie fotograficznym.

Tak w ogóle o tym „świeceniu”, należy się parę słów wyjaśnienia. Otóż dawno temu, pierwsze wyświetlacze z ciekłych kryształów podświetlano tzw folią EL, czyli elektroluminescencyjną. Działało toto na takiej zasadzie, że zmienne pole elektryczne o wysokiej częstotliwości pobudzało do świecenia warstwę luminoforu, najczęściej o pięknym błękitnym kolorze. Zaletą była bardzo mała grubość tej folii, no i ładny kolor, wadą, krótka żywotność i właśnie konieczność stosowania owej przetwornicy. W niektórych urządzeniach lubiła ona piszczeć, a sam wyświetlacz często ulegał uszkodzeniu w taki sposób, że nie świecąc, powodował dodatkowo zwarcie, które potrafiło „załatwić” baterię w ciągu paru godzin. I to nawet wtedy, gdy aparat był wyłączony! A że bateria, to litowa 2CR5, kosztująca jakieś 40 zł, więc problem robił się poważny. Na szczęście da się go usunąć, przecinając odpowiedni kabelek. Odpowiedni! Gdy przetniemy ten niewłaściwy, po prostu wylecimy w powietrze…

Canon EOS 600/630

Po raz pierwszy, aparat sprzedawany na rynku USA i japońskim, miał inną nazwę niż sprzedawany w Europie. Tu był to EOS 600, a w Ameryce i w Japonii EOS 630. Ukazał się trochę później, bo dopiero po dwóch latach, w Marcu 1997. Amerykańska wersja była dostępna w kolorach czarnym i stalowoszarym, europejska tylko w stalowoszarym. I ten aparat właśnie mam ja. Różnice w stosunku do 650, były już większe i objawiały się przede wszystkim większą liczbą możliwych ustawień. Aparat miał też siedem programów tematycznych. Ponadto transport filmu „wyciągał” 5 klatek na sekundę. PIĘĆ KLATEK! Zdajecie sobie sprawę, co to znaczy w aparacie na film? Gdy wcisnę spust przy zdjęciach seryjnych, mam wrażenie, że trzymam w ręku maszynę do szycia! To jest tylko 5 sekund i cały 24 klatkowy film jest zrobiony! Oczywiście później były i szybsze aparaty, ale wtedy, to było coś niesamowitego.

Canon EOS RT

To był Canon EOS 600, tylko że z półprzepuszczalnym, nieruchomym lustrem. Chodziło o wyeliminowanie podstawowej wady (ja nie uważam tego za wadę) lustrzanki, polegającej na znikaniu obrazu w wizjerze, w momencie robienia zdjęcia. Chodziło też o redukcję drgań, a w późniejszych modelach (np EOS 1NRS) o możliwość zwiększenia szybkości zdjęć seryjnych. Niestety, okazało się, że jednak lustro takie ma negatywny wpływ na ostrość zdjęcia. Dlatego rozwiązanie to nie spotkało się z gorącym przyjęciem u fotografów na całym świecie. Wyprodukowano tylko 25 tys. egzemplarzy…

Jeśli chodzi o sterowanie i całą obsługę, to Canon stanowi tu klasę samą w sobie. Wszystko jest tak proste i intuicyjne, że aż dziw bierze, czemu wszyscy nie robią tak samo. Po lewej stronie mamy dwa guziki, MODE i EXP.COMP, co jak łatwo się domyślić, oznacza tryb pracy i kompensację ekspozycji. Wciśnięcie obydwóch na raz, uruchamia funkcję podwójnej ekspozycji (tylko w EOS620). Po prawej stronie mamy pokrętło, którym zmieniamy wartość kompencacji, albo program. Programów jest sześć. P, Tv, Av, M, oraz Depth (tylko w EOS650, czyli w pozostałych modelach będzie cztery programy). Szósty (lub piąty), to „zielony kwadracik„, zupełny automat, dla ludzi których fotografowanie raczej nie interesuje. Uruchamia się go pokrętłem po lewej stronie, które ma cztery pozycje. L, czyli wyłączony, A – włączony, dalej symbol graficzny oznaczający – włączony z dźwiękiem (ustawienie ostrości, lub za długi czas jest potwierdzany „piknięciem”), no i ów „kwadracik„, o którym już wiemy.

Zanim przejdziemy do kolejnych funkcji, omówimy pokrótce te programy. Otóż P, jest czymś w rodzaju pełnej automatyki, tylko że z możliwością ingerencji. Załóżmy, że fotografujemy jakąś scenę. Wciskamy spust do połowy i widzimy na wyświetlaczu, że aparat dobrał nam czas naświetlania 1/125 sek. i przysłonę 2,8. Ponieważ te parametry będą wyświetlane co najmniej przez kilka sekund, więc przenosimy palec na pokrętło i… Możemy wybrać zakres od 1/350, f1,8 do 1/30, f16. Ekspozycja się nie zmieni, zmieni się tylko relacja czas-przysłona. A więc w zależności od tego, czy potrzebujemy dużej głębi ostrości (a więc dużej przysłony), czy krótkiego czasu, albo małej głębi ostrości, możemy wybrać potrzebne ustawienie. Prawda, że sprytne?

Program Tv, to priorytet czasu (Time value) i tu sprawa jest jasna. My wybieramy czas, aparat dobiera przysłonę. Tak samo działa program Av (Aperture value), tyle że my wybieramy przysłonę, aparat dobiera czas. Gdy czas ten będzie dłuższy niż 1/30, zacznie migać, co informuje nas o niebezpieczeństwie poruszenia. Będzie migał też wtedy, gdy osiągnie swoją graniczną wartość w drugą stronę. Co dla EOSa 650 jest 1/2000, a dla EOSa 620 1/4000 sek. W trybie manualnym M, ustawiamy obydwa parametry. Czas otwarcia migawki pokrętłem, a przysłonę… Tym samym pokrętłem, tylko po uprzednim wciśnięciu przycisku oznaczonego M, znajdującego się na dole, po lewej stronie obiektywu (wskazuje go czerwona strzałka). Ten drugi guzik, nad nim, przymyka przysłonę w celu podglądu głębi ostrości.

Co ciekawe, aparaty te nie miały tak zwanej „drabinki”, pokazującej ekspozycję. Jeśli była ona prawidłowa, na wyświetlaczu pokazywały się dwa kółka oo, prześwietlenie było anonsowane literami CL (CLose aperture), a niedoświetlenie OP (OPen aperture). Niestety aparat nie informował nas, „ile” ten błąd wynosi, ale dawało się z tym żyć. Ostatecznie, można było po uzyskaniu równowagi (oo), wprowadzić stosowną korektę, po prostu przymykając, lub otwierając przysłonę o tyle działek, ile potrzebujemy.

Bardzo ciekawy (i występujący tylko w niektórych Canonach) jest program Depth. W skrócie działa on tak, że umożliwia dobranie przysłony, która będzie wystarczająca, aby głębia ostrości objęła interesujący nas obszar. Nie więcej. Powiedzmy, że chcemy zrobić portret na tle samochodu, który stoi nieco dalej. Interesują nas tylko te dwa elementy. Kierujemy więc pole pomiaru AF na obiekt bliższy, czyli osobę portretowaną i wciskamy lekko spust. Na wyświetlaczu pojawia się symbol Dep 1. Następnie kierujemy AF na samochód i wciskamy znowu. Na wyświetlaczu pojawia się symbol Dep 2. Trzecie wciśnięcie spustu, pokaże nam konieczną przysłonę i czas otwarcia migawki (aparat działa wtedy, jak w trybie Av).

Co jeszcze możemy ustawić? Przede wszystkim funkcje AF, tryb migawki i czułość filmu, o ile ta nie została odczytana automatycznie z kodu DX. Wszystko znajduje się w tym małym panelu na dole aparatu.

Od lewej strony mamy kolejno: Przycisk zwijania filmu. Gdy ten się skończy, aparat zwinie go sam, ale być może, z jakichś przyczyn, zechcemy to zrobić wcześniej. Na przykład wtedy, gdy w połowie chcemy zmienić rodzaj materiału. Następny w kolejności jest żółty przycisk AF. Przytrzymując go, kręcimy kółkiem wyboru i mamy tu do dyspozycji ONE SHOT, SERVO (śledzenie poruszającego się obiektu), oraz M.FOCUS, przy czym ten ostatni włączy się sam, gdy przestawimy przełącznik na obiektywie w pozycję MANUAL. Kolejny niebieski guzik, to wybór pomiędzy zdjęciami pojedyńczymi S, trybem seryjnym C i samowyzwalaczem. Przyciśnięcie obydwu kolorowych guzików, plus pokrętło na górze, umożliwi nam nastawienie czułości. Ostatni guzik, to test baterii. Po jego wciśnięciu, na górnym wyświetlaczu pojawia się symbol BC i poziome kreski (trzy, jaśli bateria jest pełna). Wciśnięcie jednocześnie guzika żółtego i testu baterii, włączy funkcję AEB, czyli auto bracketingu (tylko w modelu EOS 620 i 600). Umożliwia ona zrobienie do pięciu zdjęć, co pół stopnia EV.

Jednoczesne wciśnięcie przycisków niebieskiego i testu baterii, uruchamia CUSTOM FUNCTIONS, czyli ustawienia zaawansowane. Procedura ta jest jednak nieco skomplikowana, więc nie będę jej szczegółowo opisywał. Wykraczałoby to poza ramy niniejszego opisu. Zresztą jest to „bajer” bez większego znaczenia praktycznego i dostępny jedynie w modelu EOS 600.

Warto jeszcze wspomnieć o unikalnym, siedmiosegmentowym, matrycowym pomiarze światła, który gwarantował idealne naświetlenie w każdych warunkach. Nie cytuję tu ulotki reklamowej, tylko mówię to na podstawie własnego, dość bogatego doświadczenia z tym aparatem…

Nie było takiej sytuacji (wysoki kontrast sceny, zdjęcia pod światło), w której pomiar światła mnie zawiódł. Wszystkie, co do jednego zdjęcia, były naświetlone „w punkt”. Dodajmy do tego świetny AF i „pancerną” konstrukcję, a otrzymamy aparat niemal idealny. Widzicie tą wystającą dolną część korpusu, która wygląda jak battery pack? Tam znajduje się przekładnia transportu filmu i naciągu migawki. Koła zębate są tak potężne (jak na aparat), że dały by się zastosować w skrzyni biegów niewielkiego samochodu. Cała konstrukcja jest w większości zrobiona z metalu, a niektóre części z bardzo wytrzymałego tworzywa. Rozbierałem ten aparat (zaraz wyjaśnię, po co) i wiem co mówię. Dziś tak się już nie konstruuje. Wszystko sprawia wrażenie, jakby specjalnie zostało zaprojektowane tak, by rozleciało się od samego patrzenia. Canon EOS 650 sprawia wrażenie, jakby miał działać wiecznie. Wystarczy zresztą wziąć go do ręki. Sam ciężar i jakość tworzywa, już wzbudzają zaufanie. Po prostu uważam, że jest to najlepsza lustrzanka AF w historii. Później były aparaty szybsze, wyposażone w bardziej zaawansowane funkcje, ale żaden nie był tak solidny i niezawodny, jak ten. Zresztą… Po co Wam „zaawansowane funkcje”? Ci, którzy używali owych aparatów zawodowo, zawsze chwalili ich prostotę obsługi i wyposażenie wyłącznie w to, co jest NIEZBĘDNE. Niektóre współczesne modele mają tyle różnych bajerów i nikomu niepotrzebnych dodatków, że trzeba z miesiąc studiować instrukcję obsługi, a i tak, NIGDY nie wykorzysta się ponad połowy możliwości…

A po co rozbierałem moją „Sześćsetkę”? No cóż… W każdej beczce miodu musi się znaleźć przysłowiowa łyżka dziegciu. I akurat w tym przypadku, zupełnie dosłownie. Otóż na dole migawki znajduje się mała gumowa kostka, będąca amortyzatorem tejże. Ot, drobinka, może dwa na trzy milimetry. Jednakże ta drobinka z biegiem lat się „rozpuszcza” i rozmazuje po migawce, zlepiając jej segmenty i uniemożliwiając działanie. Nie ma innej rady, jak rozebrać aparat, usunąć to, co zostało z gumy i wyczyścić wszystko Izopropanolem. Tak też zrobiłem i to był jedyny problem, którego inżynierowie z Canona nie przewidzieli…

Canon EOS 5

Następnym moim EOSem i zarazem ostatnią lustrzanką Canona na film 35mm, jaką miałem, był właśnie EOS 5.

Pojawił się pod koniec 1992 roku i był produkowany do 1998, kiedy został zastąpiony przez EOSa 3. Przy czym obydwa aparaty były uważane za „półprofesjonalne”, lub przeznaczone dla zaawansowanych amatorów. W pełni profesjonalne były wszystkie „Jedynki”, od pierwszego EOSa 1 do ostatniego EOSa 1V. Piątka w USA była sprzedawana jako A2, lub A2E.

Nowością była wbudowana lampa błyskowa, o liczbie przewodniej 15, oraz nowy większy wizjer i system śledzenia oka AF. Aparat ponadto miał specjalny „szybki silnik naciągu”, z przeniesieniem napędu paskiem zębatym. Było to odczuwalne zwłaszcza przy zwijaniu powrotnym filmu. Można było go zresztą ustawić na „szybkie”, albo ciche. Gdy się ustawiło na szybkie, pierwsze wrażenie było – Cholera, coś się popsuło! Po prostu silnik ruszał i po trzech sekundach się zatrzymywał. Film zwinięty. Ponadto, aparat ten zostawiał końcówkę filmu na zewnątrz kasetki! Jeśli oczywiście taką opcję się mu ustawiło.

Aparat ten miał szybszą migawkę (do 1/8000 sek), 16 strefowy pomiar światła i trochę opcjonalnego wyposażenia dodatkowego, jak tylna ścianka z naświetlaniem daty na zdjęciu, pilot zdalnego wyzwalania, czy battery pack BP-5 (o tyle ciekawy, że nie był zintegrowany z korpusem, ale przymocowywany do pasa. Zawierał cztery baterie… R20). Można było też dokupić dodatkowy uchwyt (VG10), do fotografowania w pionie, ale nie miał on miejsca na dodatkowe zasilanie. To zaś, było realizowane tak, jak w modelach serii 600, baterią litową 2CR5.

Canon EOS5 był dokładnie tym, czym miał być. Półprofesjonalną lustrzanką, która świetnie się spisywała również w rękach ambitniejszego amatora. Fotografowałem tym aparatem wesela i studniówki, przez jakieś dwa lata. To, co rzuca się w oczy przede wszystkim, jest jego mała waga. EOS 5 bez obiektywu waży tylko 680 gram. Zważywszy, że wygląda dość potężnie, głównie przez tą wbudowaną lampę i nieco większą wysokość korpusu, jest to trochę zaskakujące.

Cóż jeszcze można powiedzieć? W czasach swojej świetności, był to bez wątpienia jeden z najlepszych aparatów na rynku. Zarówno do zdjęć amatorskich, jak i do „tłuczenia chałtury”. Był cichy, szybki i niezawodny. Czy można chcieć więcej? Okazuje się, że można…

Canon EOS 3

Wprowadzony do sprzedaży w 1998 roku, był ucieleśnieniem ideału lustrzanki małoobrazkowej. I niestety, w naszym obrszarze płatniczym, pozostawał niedoścignionym marzeniem dla większości z nas…

Był to aparat tak wspaniały, że aż nieprawdopodobny. To w nim zastosowano po raz pierwszy nową migawkę, o której krążyły legendy, jakoby miała wytrzymać milion wyzwoleń bez awarii. Canon oficjalnie gwarantował 150 tys, a mniej oficjalnie, 300 tys. (testy wytrzymałościowe takiej migawki są przeprowadzane w zmiennych, nieraz specjalnie ciężkich warunkach), co dziś nie jest niczym niezwykłym, ale… Pamiętajmy, że to nie to samo. Niektórzy posiadacze cyfrowych aparatów chwalą się, że „na jednym weselu robią 10 tys. zdjęć”. Pomijając już fakt, że nie wydaje mi się możliwe, by w ogóle obejrzeć taki materiał, nie mówiąc już o wybraniu kilkudziesięciu najlepszych ujęć, to dysponując 36 klatkowym filmem, musielibysmy zużyć takich filmów… Dwieście siedemdziesiąt siedem. To właśnie zrobiła z nas fotografia cyfrowa. Trzaskamy te fotki, jak małpy, którym pokazano guzik i nawet się nie zastanawiamy, co w ogóle sfotografowaliśmy. NIE MYŚLIMY! i w rezultacie tracimy zdolność fotograficznego patrzenia. Ale to temat na inny artykuł…

Krótko mówiąc, 300 tys. klatek w aparacie na film, czyniło migawkę urządzeniem wiecznym. Dawało to niemal 8,5 tys. filmów, które przy założeniu, że robimy jeden, każdego dnia, wystarczyłyby nam na 23 lata. A mocno wątpię, żeby ktoś tak długo używał jeden aparat. Zresztą od premiery Canona EOS 3, minęło właśnie 25 lat. I widzicie, jak wiele się do tej pory zmieniło? Dlatego jak ktoś mi mówi, że „nie warto inwestować w lustrzanki, bo to system na wymarciu, trzeba więc kupić system przyszłościowy…” to właściwie nie wiem co odpowiedzieć. Przecież ten „przyszłościowy system” za dwadzieścia lat… Ba! Za dziesięć! Będzie już tylko kupą złomu. Co więc przetrwa? Myślę, że właśnie konstrukcje klasyczne. Lustrzanki na film, w każdym razie, przetrwają na pewno. Nie wszystkie rzecz jasna, tylko te najlepsze.

Nie będę się rozpisywał zbytnio na temat działania Canona EOS 3, bo pokazanie specyfikacji technicznej, czy instrukcji obsługi, nie jest celem niniejszego artykułu. Wspomnę tylko o paru rzeczach, które ten aparat miał, a nie było to byle co…

Czterdziesto pięcio punktowy pomiar AF, z punktem ostrości wybieranym okiem. Aparat śledził ruchy gałki ocznej i „uczył się”, by po pewnym czasie adaptacji trafiać zawsze bezbłędnie. To niesamowite, jak system ten potrafił dosłownie czytać w waszych myślach. Nie istnieje dziś żaden aparat, podkreślam – Żaden, który byłby w stanie choć trochę przybliżyć się do EOSa 3, jeśli chodzi o ustawianie ostrości. Wszystkie te „inteligentne” systemy, wykrywania oczu, śledzenie ogona, to jest po prostu kupa złomu, która nigdy nie działa tak jak chcemy. AF w EOSie 3 działa tak, jak MY chcemy i robi to z nieprawdopodobną szybkością. Ci, którzy zachwycają się nowymi eRkami, uważają, że jest to jakiś cud techniki, ale oni po prostu nie widzieli w życiu nic lepszego. A EOS 3 był lepszy. Sprawdziłem to osobiście, bo choć nie miałem własnej „Trójki”, ale robiłem nią przez jakiś czas zdjęcia. I robiłem również zdjęcia paroma współczesnymi bezlusterkowcami.

Możecie myśleć na ten temat, co chcecie. Ale moim zdaniem sprawa jest oczywista. Producenci aparatów postawili na bezlustra. A to oznaczało, że musieli szybki AF oparty na detekcji fazy, zastąpić gównianym, opartym na detekcji kontrastu. Żeby to w ogóle działało, konieczne jest potężne oprogramowanie, które „rozpoznaje”, co teoretycznie powinno być ostre. Nie zawsze z dobrym skutkiem. I nie zawsze zgodnie z naszymi intencjami. Tak czy inaczej, lustrzanki mogą być znacznie szybsze, a Canon EOS 3 właśnie taki jest.

Pomiar światła jest 21 strefowy, szybkość robienia zdjęć, przy śledzeniu poruszającego się obiektu, to tylko 3,3 klatki na sekundę, gdy korzystamy ze standardowej litowej baterii i aż 7 klatek na sekundę, z gripem PB-E2 (widocznym na jednym ze zdjęć). Aparat jest cięższy od swojego poprzednika (Canon EOS 5) i waży 780 gram. Ze wspomnianym gripem, zawierającym dodatkowo osiem ogniw alkalicznych AA, waga skacze do 1420 gram, a więc prawie półtora kilograma. Aparat ma bogate wyposażenie dodatkowe. Jeszcze jeden (mniejszy) grip, BP-E1, osiem wymiennych matówek, tylne ścianki…

Sterowanie tym cudem techniki było tak proste, że aż dziwiło. Zwłaszcza że mamy do dyspozycji 9 trybów fotografowania, 4 rodzaje pomiaru światła i całe mnóstwo innych funkcji. Ta prostota niestety gdzieś się zagubiła i dzisiejsze aparaty tej firmy, nie są już takie wspaniałe. Choć wydaje się, że na przykład taki EOS 5D MkII, jest równie dobry. Ale to lustrzanka, chociaż cyfrowa. A w dzisiejszym świecie, nie ma miejsca na lustrzanki…

EOS-650 był najlepszy (co już wcześniej mówiłem), ponieważ był pierwszy. Natomiast EOS-3 był najlepszy, ponieważ wszystko to, co zastosowano w „Sześćsetce”, doprowadzono w nim do perfekcji. A to oznacza, że Król był tylko jeden. I był nim…

Canon EOS 3

Nie wspomnieliśmy jeszcze o serii EOS1, z najlepszym, zamykającym rozdział produkcji lustrzanek na film 35mm, modelem 1V, ale myślę, że to, o czym Wam opowiedziałem, powinno dać jakiś obraz, jakie były to aparaty i przede wszystkim, czym były. W międzyczasie powstało sporo modeli amatorskich, jak EOS100, EOS1000, EOS300, EOS500, EOS50 itd.. Zaczynając swoją przygodę z fotografią na filmie, warto się im przyjrzeć. Bo z reguły, były to aparaty proste, niezawodne i tanie. Zwłaszcza dziś, kiedy EOSa300 można kupić za kilkadziesiąt złotych (już niedługo będą droższe), można sobie sprawić jeden z nich i cieszyć się ogromną ilością wciąż dostępnych obiektywów z mocowaniem EF. Po co kupować np. „legendarnego Zenita” i się z nim męczyć, czy czekać na obietnice wznowienia produkcji aparatów „analogowych”, przez firmy, które w ogóle nie mają pojęcia jak to zrobić i nie wiadomo, czy dotrzymają tej obietnicy?

Kupcie sobie jakiegokolwiek Canona EOSa. Będziecie z pewnością zadowoleni…