Historia jednego obrazu…

W tej serii , mam nadzieję pokazać Wam od czasu do czasu jedno, lub kilka zdjęć, swoich lub cudzych, które w jakiś sposób stały się dla mnie ważne, a więc jest ukryta w nich opowieść, zbyt długa, by opowiedzieć ją zdawkowym tytułem, albo brakiem tytułu (samym zdjęciem). Podobno jeden obraz jest wart tysiąc słów, ale ja uważam, że to lekka przesada. Tak, czy inaczej, potrzebujemy klucza, czyli tłumaczenia. Żeby to sobie wyobrazić, przypomnijmy sobie, jak wygląda dowolny, nietekstowy plik, otworzony w aplikacji notatnik. Dwie strony krzaczków, hieroglifów i symboli, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Takim samym zbiorem, nic nie mówiących nam informacji, może być dowolne zdjęcie. Dopóki nie użyjemy odpowiedniego programu do jego otwarcia, czyli nie wyjaśnimy, o co w nim chodzi. Tak więc z tym „tysiącem słów”, byłbym ostrożny.

„Tybetanka” i inne rysunki.

To był rok 2000, albo 2001. Na polskim rynku, zawsze ubogim pod tym względem, pojawiało się coraz więcej pism fotograficznych, ładnie wydanych, z pięknymi zdjęciami i od czasu do czasu, interesującymi artykułami. Niestety (to efekt typowej polskiej zachłanności), również z reklamami, które wypełniały nieraz i połowę objętości całego wydania.

Pomimo tych „niestety”, o wielu znanych fotografach i ich dorobku, można było się dowiedzieć tylko z tych magazynów, bo internet jeszcze był w powijakach, a wszelkie publikacje, jak albumy i książki, były wydawane, owszem, ale za granicą. U nas takie rzeczy można było policzyć na palcach rąk. Piękno Polski Ludowej, Pieniny – Hartwiga, i trochę lokalnych wydawnictw pokazujących niektóre polskie miasta. A, zapomniałbym o Venus, czyli wystawie organizowanej przez Krakowskie Towarzystwo Fotograficzne, w latach 1970 – 1991, z której oczywiście były jakieś albumy. Ta wystawa to w ogóle była wspaniała rzecz. Pierwszą, w 1970 roku obejrzało ponad 200 tysięcy zwiedzających! Na szóstą (przedostatnią, w sumie było ich siedem), w 1988 roku, 560 autorów z 38 krajów, przysłało w sumie około 8 tysięcy zdjęć! To był rekord. Venus spopularyzowala polską fotografię aktu na całym świecie i w ogóle była cudownym przedsięwzięciem. Chyba właśnie dlatego, w 1991 roku, odbyła się po raz ostatni. Przecież nie mogło tak być, żeby w ultrakatolickim, miłującym wartości społeczeństwie polskim, odbywały się dłużej podobne bezeceństwa, w których tylko się pokazuje dupy i cycki. A tfu! Sodoma i Gomora!

Dlatego wystawę zlikwidowano…

No więc mamy rok 2000 (a może 2001) i pismo Pozytyw, wydawane od 1999 do 2005 roku. Też zaledwie 6 lat i szkoda, bo jak na owe czasy, było ono na całkiem przyzwoitym poziomie. Może trochę za bardzo „artystyczne”, ale doskonale wychodziło na przeciw ówczesnym potrzebom rynku. Mieliśmy jeszcze Fotografię 6×9, której ukazało się zaledwie kilka (naście?) numerów, od 1991 do 1993 (?) roku i… To by było na tyle. Czasopism takich jak Fotografia i Foto, nie bierzemy tu pod uwagę, bo to były stare, peerelowskie wydawnictwa, z czasów kiedy przydział papieru dostawali wybrańcy, a techniki druku stały na takim poziomie, że człowiek tylko się denerwował, jak to oglądał. Dobrze, że były! Bo zawartość merytoryczna była na wysokim poziomie. Tylko jeśli się weźmie do ręki, chociażby francuską, czy niemiecką edycję Foto, z lat 80, a nawet 70, to różnice można określić tylko jednym słowem – Przepaść.

W jednym z numerów Pozytywu (nie pamiętam, w którym, ale chyba jednym z pierwszych) zaprezentowano zdjęcia Phila Borgesa, amerykańskiego fotografa i filmowca dokumentalisty, znanego przede wszystkim ze swoich wypraw do Nepalu, do Afryki i w ogóle w miejsca, które najtrafniej można określić, jako „koniec Świata”. Pokazywał swoje produkcje na kanałach National Geographic i Discovery. Zaangażowany jest w projekt Crazywise, który (mówiąc w skrócie) pokazuje, jak ludzie z całego świata i ich rdzenna kultura radzą sobie z kryzysem psychiki we współczesnych czasach i jak obalają oficjalną „wiedzę” na ten temat. Phil Borges jest oczywiście współproducentem sławnego filmu o tym samym tytule.

W tym numerze Pozytywu, były pokazane przede wszystkim zdjęcia z Tybetu, a konkretnie z wyprawy z 1990 roku. Wśród nich, szczególnie mnie urzekł ten obraz…

To Yama, ośmioletnia dziewczynka z Lhasy. Dziś ma prawie czterdzieści lat i bardzo jestem ciekaw, jak wygląda…

Gdy tylko zobaczyłem to zdjęcie, poczułem, że muszę go narysować. Podchodziłem do tego wyzwania JEDENAŚCIE razy. To znaczy, jedenaście razy rysowałem obraz i darłem go na kawałki, bo widziałem, że nie udało mi się uchwycić tego, co chciałem, W końcu, za dwunastym razem stwierdziłem, że to jest to, o co mi chodziło. Zresztą, być może byłem po prostu zmęczony ciągłym zaczynaniem od początku… Nieważne. Tak czy inaczej, rysunek został oprawiony i zawisł na ścianie, w miejscu mojej pracy…

Zaraz po tym, jak go powiesiłem, pomyślałem, że dobrze by było narysować coś jeszcze. Rysowałem już wcześniej, ale były to nieśmiałe próby, nie zakończone (z tego co pamiętam) jakimiś znaczącymi sukcesami. A skoro nie byłem zadowolony, porzucałem to niewdzięczne zajęcie i brałem się za coś innego. Tym razem było jednak inaczej. Przez te jedenaście prób, cały czas czułem na sobie wzrok Yamy i po prostu wiedziałem, że nie mogę się poddać. Tak ośmioletnia tybetańska dziewczynka wjechała mi na ambicję. Choć nie wszyscy widzieli w niej dziewczynkę. Niektórzy później pytali – Ile pan chcesz za tego chłopca? Tak czy inaczej, od Yamy zaczęła się na serio moja przygoda z rysowaniem. Wcześniej to była tylko niepoważna zabawa.

W końcu dałem ten obraz dziewczynie, z którą się wówczas spotykałem i miałem (przynajmniej na początku) wielkie nadzieje, że to spotykanie przerodzi się w trwały związek. Nic z tego nie wyszło, ale obrazu już nie odzyskałem, choć próbowałem. Mówią, że „kto daje i zabiera, to się w piekle poniewiera”, ale to była dość szczególna sytuacja, bowiem niewiasta, którą obdarowałem postąpiła ze mna bardzo nieładnie, a obraz, czy raczej „Tybetanka” (jak wówczas zacząłem ją już nazywać) miała dla mnie bardzo duże znaczenie. Tak, ja wiem, że to tylko papier i trochę grafitu, oprawionego w ramę, ale ja w ten sposób o niej nie myślałem.

Na szczęście zrobiłem fotokopię i posługuję się tą fotokopią do dziś, bo tylko to mi po Tybetance zostało. A była ze mną przez cały czas. Gdy szedłem do College’u, pomogła mi się dostać na mój kierunek, bez egzaminów wstępnych. Razem z resztą moich rysunków na tyle spodobała się profesorom, że przyjęli mnie bez zastrzeżeń. Później wykorzystywałem ją w wielu projektach, jak chociażby w sitodruku, którego też się uczyliśmy (jak wielu innych technik) w praktyce. Inni drukowali tylko na papierze, a ja postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i w ten sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem paru T-shirtów, właśnie z Tybetanką…

I wreszcie przyszedł dzień, w którym postanowiłem się pochwalić moim rysunkiem Philowi Borgesowi, czyli autorowi zdjęcia, na podstawie którego Tybetanka powstała. Napisałem do niego i obgryzając palce z niecierpliwością czekałem na odpowiedź. Odpisał! To niesamowite! Dostałem od niego przesympatyczny długi list, w którym podziękował mi za to, że właśnie jego zdjęcie zainspirowało mnie do stworzenia rysunku i za to, że nigdy nie wykorzystałem go komercyjnie. Bo tak rzeczywiście było i uznałem, że powinienem mu o tym powiedzieć. Oto fragment odpowiedzi Phila…

…Thank you for telling me a bit about yourself – I am honored you have reached out to me and showed me the picture you created from my photograph.  It is a excellent likeness. I appreciate you are crediting my photography with your inspiration for the image and I certainly don’t mind your showing the drawing and picture as long as you are not making copies and selling them.  As you mentioned, you never use them commercially so it should not be a problem…

Thank you Phil. Thank you for your amazing photo, for inspiration and for everything what you doing…

Niestety, po jakimś czasie wydarzyło się coś, co sprawiło, że postanowiłem nigdy już nie „wykorzystywać” Tybetanki, ani z nikim się nią nie dzielić. Ktoś poprosił mnie, widząc swego czasu moje rysunki, żebym ofiarował parę z nich w charakterze ilustracji do tomiku poezji. Oczywiście nieodpłatnie. Zrobiłem to, będąc szczęśliwym, że mogę przyczynić się moją pracą do upiększenia tej małej książeczki i rzecz jasna, wysłałem pośród innych rysunków moją Tybetankę. Tomik się ukazał (działo się to w Irlandii, nie chcę o tym więcej rozmawiać, więc nie podam bliższych szczegółów), a mój znajomy (właściwie powinienem powiedzieć – kolega – ale z pewnych zupełnie niezależnych od tego konkretnego epizodu, powodów, on się w pewnym momencie na mnie „obraził”, czym zrobił mi zresztą dużą przykrość), który pośredniczył w tej operacji, pomiędzy mną, a środowiskiem owych „poetów”, wysłał mi jeden egzemplarz, z dedykacją i wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku.

Jakimż zaskoczeniem było dla mnie, gdy po jakimś czasie napisał do mnie list, pełen pretensji i „świętego oburzenia”, jakobym wpuścił go na minę, wciskając mu… Plagiat! Ale teraz będzie najlepsze. Jako dowód, że dopuściłem się tak haniebnego czynu, przysłał mi znalezione w internecie zdjęcie… Czy myślicie, że oryginał, wykonany przez Phila Borgesa? No to się mylicie. To była okładka jakiejś pirackiej płyty z tybetańską muzyką, którą ktoś ozdobił właśnie tą fotografią. Jestem pewien, że bez zgody autora Nawet mi się nie chce o tym gadać… W każdym razie przyrzekłem sobie uroczyście, nigdy więcej nikogo nie „uszczęśliwiać” moimi rysunkami. A zwłaszcza Tybetanką.

Następnym rysunkiem był portret kobiety, która została dopiero co wyciągnięta z wody, po katastrofie promu. Jest, jak widać, przemoczona, zziębnięta i w ogóle ledwo żywa. Zdjęcie też wziąłem z Pozytywu, nawet chyba z tego samego numeru. Spodobało mi się jej spojrzenie, jakby pełne wyrzutu – Czemu mi to zrobiliście?

Ten rysunek też dałem komuś w prezencie i słuch o nim zaginął. Zresztą może to i dobrze, bo już miałem dość tekstów – O! Wiśniewski z Ich Troje! – chyba przez to, że użyłem czerwonego papieru, a ten Wiśniewski miał, zdaje się, włosy w tym kolorze… Podobał mi się ten obraz i podobało ni się jej spojrzenie. Większość moich znajomych twierdziła jednak, że jest „straszny”. Cóż… Nie zgadzałem się z nimi i chciałbym go mieć, chyba właśnie dlatego. Została mi fotokopia, więc nie jest źle. Mogę nadal, od czasu do czasu, kogoś postraszyć.

Trzecim moim rysunkiem (w międzyczasie powstało ich jeszcze parę, ale ten w pewnym sensie zamyka serię) był portret Walerija Michajłowskiego, dyrektora Baletu Męskiego z St Petersburga.

To była „robota na zamówienie”. Miałem kiedyś znajomego, który był obrotnym właścicielem dobrze prosperującego kiosku. Mówiąc – obrotnym – mam na myśli to, że nie przepuścił żadnej okazji do zarobienia dodatkowych pieniędzy. Rozprowadzał towary na zasadzie „marketingu sieciowego”, będąc chyba we wszystkich istniejących na polskim rynku firmach. Amway, Oriflame, Avon i jeszcze wielu innych, o których istnieniu nawet nie słyszeliście. To był sprzedawca, który nie wypuścił nigdy nikogo z gołymi rękami. Jak ten subiekt z dowcipu, do którego przyszedł klient po haczyki na ryby, a wyszedł z haczykami, nową wędką, łodzią, przyczepą na łódź i samochodem terenowym do jej holowania.

Do tego znajomego zgłosiła się kiedyś pewna kobieta, z pytaniem, czy nie zna kogoś, kto by jej narysował, oczywiście nie za darmo… Anioła. Ale nie takiego dzieciaka ze skrzydełkami, jakie są na obrazkach, rozdawanych na lekcjach religii. Tylko jakiegoś całkiem poważnego. Żeby unaocznić, o co jej dokładnie chodzi, przyniosła wyrwany kawałek strony, z gazety, gdzie było właśnie zdjęcie Walerija Michajłowskiego, w charakteryzacji do Jeziora Łabędziego. Ponieważ mój znajomy wiedział, że ja rysuję, więc poinformował swoją klientkę, że sprawa załatwiona i przekazał mi ów strzęp gazety, celem sporządzenia portretu. Wspólnie (on znając możliwości swojej klientki, ja znając ceny tego typu usług) ustaliliśmy niezbyt wygórowaną cenę i zabrałem się do rysowania.

Gdy po mniej więcej dwóch tygodniach przyniosłem gotowy obraz, mój znajomy szybciutko dał tej pani znać i… To co się stało później, wiem tylko z jego relacji. Najpierw pokazał jej „Anioła” i podobno wpadła w zachwyt. Następnie powiedział cenę i wówczas wpadła w złość. Stwierdziła, że przecież kartka papieru i parę kredek, czy ołówków, to jest koszt rzędu pięciu, no… Może dziesięciu złotych i ona takiej ceny właśnie się spodziewała! Wobec powyższego, zdecydowałem się zatrzymać rysunek, a to babsko jeszcze się pruło, twierdząc, że „nie mam prawa, bo to był jej pomysł”!

Tego rysunku też nie mam. Nie dałem go nikomu w prezencie, przeciwnie, ukradziono mi go. Tak, wiem, że to nie „Picasso”, ale tak właśnie się stało. Tak czy inaczej, Anioł kończy serię obrazów, których wspólną cechą jest rozmiar, styl i to, że już ich nie mam. Nie licząc oczywiście tych, które ewidentnie rysowałem na zamówienie i które „poszły do ludzi”. Z nimi nie wiąże się żadna opowieść, nie mam wobec nich żadnych sentymentów. Może poza jednym, ale o tym… Opowiem innym razem.