Kto zamordował fotografię amatorską w Polsce?

Czyli o fejsie, starych gazetach i pewnym kółku różańcowym.

Co to jest właściwie fotografia amatorska? Najprostsza definicja mówi, że jest to fotografia praktykowana jako hobby, pasja, a nie źródło utrzymania. Jednym słowem, jest to coś dokładnie przeciwnego do fotografii zawodowej, czy jak niektórzy lubią mówić (nie do końca zdając sobie sprawę ze znaczenia tego słowa), profesjonalnej. Co to znaczy, że „nie do końca zdają sobie sprawę ze znaczenia”? Otóż wielu ludzi nazywa w ten sposób fotografię robioną „prawidłowo”. Czyli taką, do której używamy aparatu fotograficznego, a nie telefonu, czy zegarka. Na forach fotograficznych często pada pytanie – Do tej pory robiłem zdjęcia telefonem, teraz chciałbym zająć się tym profesjonalnie. Doradźcie mi, jaki kupić aparat.

Błąd w rozumowaniu może być tutaj dwojaki. Albo taka osoba uważa, że wszystko co jest aparatem, jest jednocześnie sprzętem profesjonalnym, albo sądzi, że przesiadając się z telefonu na taki aparat, automatycznie staje się profesjonalistą, który (jeśli tylko będzie miał taki kaprys) w każdej chwili może zacząć robić biznes na fotografii. Gdybyż jeszcze wiedział, jaki aparat kupić i co to jest to cholerne ISO, sprawa byłaby dużo prostsza…

Zostawmy jednak fotografię profesjonalną profesjonalistom, a my zastanówmy się, co to jest fotografia amatorska i co się z nią właściwie stało. Pisałem o tym już trochę tutaj, przypomnijmy fragment…

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, kiedy nie było (wiem, że to trudne do uwierzenia) internetu, jedynym sposobem na podzielenie się swoimi zdjęciami, z innymi, była publikacja prasowa, publikacja w magazynie o fotografii, albo wystawa, organizowana najczęściej w jakimś domu kultury. Żeby wziąć udział w takiej wystawie, nierzadko połączonej z konkursem, dobrze było gdzieś „należeć”. Do lokalnego towarzystwa fotograficznego, do ZPAF-u, albo ostatecznie do szkolnego kółka zainteresowań. Samemu raczej ciężko było się przebić, ale można było próbować też wysłać swoje prace do jednej z gazet fotograficznych, których w naszym obszarze kulturowym, było dosłownie kilka. Foto, Fotografia, Советское фото… A nie, tutaj to już się rozpędziłem. Chociaż… W naszej Fotografii, często pojawiały się prace amatorów ze Związku Radzieckiego, NRD, czy Czechosłowacji, a nasi amatorzy pokazywali swoje zdjęcia u nich. Ciekawe jest to, że dziś nie tylko żadne z tych pism nie istnieje, ale nie istnieją też wymienione kraje…

I właśnie o to chodziło. Ludzie robili zdjęcia, bo sprawiało im to przyjemność. A ponieważ wiadomo, że gdy się robi coś dla przyjemności, chce się to robić jak najlepiej i cały czas rozwijać. Bez względu na to, czy robimy fotografię, czy budujemy kartonowe modele samolotów, czy hodujemy róże w przydomowym ogrodzie, doskonalimy się w tym, poznajemy narzędzia, technologię, tricki, jednym słowem wszystko, co pozwoli podnieść nam uprawiane hobby na jak najwyższy poziom. W końcu dochodzimy do takiego momentu, że ludzie nas pytają – Niesamowite! Jak to zrobiłeś? – a my, jeśli woda sodowa nie uderzyła nam jeszcze do głowy, dziwimy się, jak oni mogą się zachwycać czymś, co jest takie oczywiste. To jaka jest właściwie korzyść? – zapytacie – jeśli nie można się chwalić na prawo i lewo… Ależ można. Tylko że nie to jest najważniejsze.

Weźmy kwestię smaku (dosłownie). Gdy lubimy wino, ale tylko jako jeden z wielu alkoholi i pijemy go jak leci, bez zastanowienia, po to by się narąbać, a kupując butelkę w supermarkecie, kierujemy się jedynie ceną i woltażem, najprawdopodobniej nigdy nie zasmakujemy niczego wyjątkowego. Gdy nauczymy się rozpoznawać gatunki, a przede wszystkim posiądziemy samą umiejętność picia, gdy wgłębimy się w proces technologiczny i wreszcie, gdy zwiedzimy trochę świata, żeby dotrzeć do jakiejś zapadłej hiszpańskiej dziury, gdzie produkuje się wino według tej samej receptury, od wielu pokoleń, być może zaczniemy dostrzegać, jak wielkie różnice dzielą poszczególne rodzaje, gatunki, a nawet roczniki i wtedy… Każdy łyk będzie przygodą. Będziemy w stanie rozpoznać nie tylko region i szczep winorośli, ale to, jak bardzo w danym roku nasłonecznione było zbocze na którym rozpościerała się winnica i przez ile dni w roku świeciło słońce.

Oczywiście w tym momencie już trochę przesadzam, ale tak właśnie wygląda pasja. Nie ogranicza się do wysunięcia aparatu przed siebie i naciśnięcia spustu, ale jest jednym nieprzerwanym pasmem przygód, takich jak wyszukiwanie tematu, polowanie na odpowiednie światło, kadrowanie i wreszcie cały proces powstawania zdjęcia, z jego niezliczonymi niuansami i subtelnościami, na które oczywiście w jakimś stopniu mamy wpływ i panujemy nad nimi.

Nie uzyska się tego wszystkiego bez pracy i bez trudu. Z drugiej strony, gdy coś osiągamy bez trudu, nie ma mowy, żeby dało nam to przyjemność. Bardzo dobrą analogią jest modelarstwo. Są ludzie, którzy zlecają wykonanie modelu komuś innemu, albo kupują gotowy, wyprodukowany w Chinach przez rzemieślnika dysponującego ogromną ilością wolnego czasu, są tacy, którzy kupują plastikowy „kit” i składają wszystko do kupy w jeden wieczór, według standardowej instrukcji i są wreszcie tacy, którzy ślęczą całymi tygodniami nad cienkimi jak włos drucikami, które kleją ze sobą, szlifują, malują i „brudzą”, by reling na ich modelu okrętu wojennego wyglądał dokładnie, jak w prawdziwym okręcie. Mają zresztą obszerną dokumentację, którą mozolnie wyszukiwali w bibliotekach, w „internetach”, czy od podobnych wariatów, na drodze wymiany. Tak jest znacznie trudniej, prawda? Ale zgadnijcie, którzy mają z tego modelarstwa największą przyjemność?

Skoro już ustaliliśmy z grubsza, czym jest fotografia amatorska, to zastanówmy się, co jest niezbędne do jej uprawiania? Na pewno autentyczna szczera pasja, jakiś sprzęt, odrobina wolnego czasu i odpowiednie środowisko. A więc społeczność podobnych wariatów, którzy tworzą te wszystkie rzeczy. Organizują konkursy, wydają pisma fotograficzne, czytają te pisma, wymieniają się doświadczeniami, oceniają wzajemnie swoje prace, przekazują sobie różne tajemnice i tricki, próbują robić zdjęcia drzwiami od stodoły i tak dalej. Czyli jeszcze raz…

Środowisko.

Dla ryb środowiskiem będzie staw, dla jelenia las. Dla lekarza chirurga, jego szpital i sala operacyjna. A co będzie środowiskiem dla fotoamatora? I nie trzydzieści lat temu, ale dziś, kiedy wszystkie gazety przestały istnieć, książki ograniczają się do roli instrukcji obsługi sprzętu, a sam sprzęt… Jest rozwijany w tym kierunku, żeby udział samego fotografa ograniczyć do minimum, a najlepiej całkowicie go wyeliminować? Gdzie ono się znajduje? Odpowiedź jest prosta i Wy już ją znacie…

W internecie.

Jak większość odpowiedzi, ta też składa się z dwóch części. Dobrej i złej. Dobra jest taka, że internet jest prawdziwą „potęgą”, jeśli tylko wie się, jak go używać. Niestety, większość ludzi tego nie wie i to jest ta zła wiadomość. Od kiedy internet istnieje, podstawowym miejscem spotkań ludzi o podobnych zainteresowaniach, są fora tematyczne. A raczej były, bo zostały unicestwione przez tych samych ludzi, którzy je stworzyli, a te które jeszcze się trzymają, tak naprawdę mają niewiele wspólnego z ideą, jaka przyświecała im na początku. Bardzo dobrym, wręcz modelowym przykładem jest tak zwane „polskie forum użytkowników Pentaxa”.

Gdyby ktoś przypadkiem, poszukując „współbraci w wierze”, tam zabłądził, bardzo szybko przekona się, że zarówno słowo „forum”, jak i dalsza część jego nazwy, w której zawarte jest słowo (oraz logo) „Pentax”, jest czystą fikcją i właściwie to równie dobrze mogłoby się nazywać „klubem smakoszy łubinu”. Albo kółkiem baletowym… Swego czasu wdałem się z tymi ludźmi w małą awanturę, bo próbowałem im to powiedzieć, ale większość z nich udała, że nie rozumie o co chodzi, a na koniec odbyli nade mną sąd, w wyniku którego zostałem zlinczowany, opluty i wyszydzony, a następnie ostentacyjnie olany. Najtrafniej to podsumował, w prywatnej wiadomości jeden z użytkowników (Tak! Pomimo wszystko, jest tam kilka naprawdę fajnych osób). Zacytujmy fragment jego listu (podkreślenia pogrubioną czcionką są moje)…

Twoja diagnoza (…) jest oczywiście słuszna. Tak tu było „od zawsze” Żeby zrozumieć dlaczego tak jest trzeba zacząć od tego , że jest to forum opłacane przez użytkowników. Co kilka lat organizowana jest zbiórka kasy na opłacenie serwera . To ma swoje dobre strony bo nie ma reklam, Ale z drugiej strony właściciele, administratorzy, czy kto tam jeszcze, nie muszą się zupełnie starać o użytkowników forum. Jesteś to OK ale nie zawracaj głowy czymkolwiek, nie marudź , że ci się coś nie podoba, nie wymagaj czegokolwiek. Tu się zupełnie nic nie dzieje ani w kwestiach technicznych, ani fotograficznych. Dobrze to ująłeś równie dobrze może to być forum filatelistyczne. Większość ludzi przychodzi tu pogadać o pierdołach (najbardziej aktywne wątki w Hyde Park). Nie mają w większości systemu Pentaxa bo dawno albo sobie kupili coś innego albo nie fotografują wcale. Nie chcą fermentu, emocji tylko świętego spokoju , najważniejsza jest iluzja ze jest to wyjątkowe miejsce. Jeśli ludzie się znają osobiście to tym łatwiej im to przychodzi

To po co jest to forum? I jakim prawem używają nazwy Pentax?

Krótko mówiąc, jest to „prywatny klub” starych wrednych bufonów (podkreślam to wyraźnie – Nie wszyscy. To jest po prostu pewna grupa, nadająca charakter całej społeczności, składająca się w głównej mierze z administratorów, moderatorów i tzw „autorytetów”), którzy są tak zadowoleni z siebie i uważają się za takich ważnych, że każdy nowy użytkownik, który przypadkiem tam zabłądzi, zostanie bardzo szybko sprowadzony na ziemię, po czym odwróci się na pięcie i więcej się nie pojawi. Jeśli tylko jest człowiekiem myślącym. Dlatego odpuściłem sobie całkowicie. Wstawiłem jeszcze (po dłuższej przerwie od tamtego linczu dokonanego na mojej osobie) kilka zdjęć, napisałem parę słów, ale ponieważ zostałem ostentacyjnie zignorowany, więc też ich w końcu wszystkich olałem. To są ludzie chorzy na manię wielkości i tak nadęci, jak ta żaba z wiersza La Fontaine’a, co to chciała przegonić swoją wielkością wołu. Z tego nadęcia nie zauważają w ogóle, że zostali sami, a forum (jako miejsce zrzeszające fotografów i miłośników marki Pentax) jest kompletnie martwe.

Oczywiście oni się dobrze z tym czują, razem się spotykają, urządzają sobie ogniska, pikniki i zjazdy i nie ma w tym nic złego. Tylko że my rozmawiamy tutaj o miejscach, w których miłośnicy fotografii, czy konkretnej dziedziny fotografii, albo nawet jednej firmy produkującej sprzęt, mogliby się spotkać. Krótko mówiąc, Zastanawiamy się, co się stało ze środowiskiem, w którym ci wszyscy ludzie mogliby funkcjonować. Gdy pojawiam się na angielskojęzycznym forum Pentaxa, znajomi się dziwią – Przecież macie w Polsce swoje forum? – I co mam im odpowiedzieć? Że to tylko lokalne kółko różańcowe? Koło gospodyń wiejskich, które przypadkiem przywłaszczyło sobie logo tej marki? Przecież oni tego nie zrozumieją. U nich takie „jaja” się na ogół nie zdarzają. Jasne, też jest wszystko skomercjalizowane, też są reklamy, ale jeśli jest to Pentax, to naprawdę rozmawia się o aparatach tej marki i jeśli jest to forum fotograficzne, to naprawdę rozmawia się o fotografii. Jest mnóstwo konkursów, testów sprzętu, obiektywów, a przede wszystkim kupa zdjęć. A co u nas?

Jedyna reakcja, jakiej można się spodziewać na „polskim forum Pentaxa„, to taka, że jakiś „autorytet” przywoła Was do porządku, bo się krzywo spojrzeliście, albo ktoś Wam zaserwuje lekcję „dobrych manier”, po polsku, czyli Was po prostu obrazi. Czemu tak się uwziąłem właśnie na nich? Powody są dwa. Po pierwsze, w świadomości środowiska fotoamatorów w Polsce, to akurat forum jest uważane za „miejsce o wysokiej kulturze i wysokim poziomie dyskusji”. To jednak tylko mit, mający swoje źródło w bardzo dawnych czasach, kiedy oni dopiero zaczynali i po tamtej atmosferze nie zostało nic. Dominuje tam protekcjonalizm, mentorstwo i niestety, prostackie pospolite chamstwo. A ja nie lubię kłamstwa i fałszu. Jeśli ktoś sprzedaje gówniany towar, jako gówniany towar made in China, jest ok. Przynajmniej wiem, żeby trzymać się od niego z daleka, ale jest to uczciwe. Jeśli natomiast ktoś „jadąc na ukradzionej renomie” zachwala ten sam chiński syf, jako „produkowany przez ubranych w brązowe fartuchy polskich rzemieślników o sękatych palcach i firmę o stuletniej tradycji”, to wiem, że mam do czynienia z oszustem.

Drugi powód to taki, że istnieje na tym forum pewne dość szerokie gremium, które nie tylko ma w głębokim „poważaniu” firmę Pentax i jej aparaty, ale wręcz uprawia nachalną, nie tolerującą sprzeciwu i prymitywną propagandę anty-aparatową, tudzież anty-pentaxową. Mówiąc prosto – ci ludzie działają na szkodę firmy Pentax, której logo jednak bezwstydnie i bezczelnie używają. A ponieważ ja lubię i szanuję Pentaxa, więc nic dziwnego, że nie lubię i nie szanuję tego gremium. Gdy ośmieliłem się kiedyś zwrócić im uwagę, kazali mi „spierdalać na fejsbuka, albo założyć se własne forum”. No więc jestem tu i nie zamierzam udawać, że nic się nie stało. Chwalę „towarzyszy” po wszystkich odpustach…

To może Facebook?

Ponieważ każdy klepie, jak mantrę, głupie zdanie, jakoby „wszyscy się przenieśli, z forów tematycznych na Facebooka„, więc postanowiłem gruntownie zbadać temat i to zrobiłem. Założyłem konto, dołączyłem do kilku grup i założyłem dwie własne. Teraz już nikt mi nie wciśnie kitu, bo wiem jak jest. A jest następująco (w wielkim skrócie):

Rysunek – Paweł Kuczyński

Facebook to tylko chwilowa moda. Ludzie, którzy nie mieli się gdzie podziać, bo paru „miszczów”, o zaciętych z zawziętości i nienawiści do całego gatunku ludzkiego, ustach, poniszczyło ich ulubione fora, siłą rzeczy zaczepili się na fb, na różnych grupach tematycznych. Ale to nie jest to samo. Przede wszystkim, sam sposób prezentowania zdjęć, wyklucza ich głębszą kontemplację. Raz, że są „cięte po jakości”, a dwa, sama prezentacja na „osi czasu”, stosowana również na Instagramie i w ogóle wszystkich społecznościowych mediach, eksponuje tylko najnowsze wpisy, a nikomu się nie chce przeglądać starszych. Przekonałem się o tym naocznie. Ja jestem wychowany na zupełnie innych sposobach publikacji, więc jeśli widzę jakieś interesujące zdjęcie na fb, to od razu przeglądam wszystko, licząc że znajdę więcej podobnych, interesujących zdjęć. Tymczasem „typowy” użytkownik, wychowany przez fb, „widzi” tylko to, co jest na wierzchu. Pytano mnie kilka razy – Świetne zdjęcie, szkoda że nie wstawiłeś więcej takich… – Tymczasem… Wystarczyło przewinąć stronę do poprzedniego wpisu. I wszystkich poprzednich. Tak właśnie działa fb.

Osobnym problemem jest skład „widowni” i jej zachowanie. Otóż facebook, jest środowiskiem, które jak żadne inne, zajmuje się propagowaniem nienawiści i wywoływaniem wojen, w których Polacy są zresztą mistrzami świata. Miałem możność zaobserwowania tego zjawiska w „fejsbukowej” grupie o niewinnej nazwie „wspomnienia z PRL-u”. Każdy, ale to dosłownie każdy wpis, musiał się skończyć awanturą. Do gardeł skakali sobie Endecy z Piłsudczykami, starzy bolszewicy z konserwatystami, czerwoni z czarnymi, zwolennicy banderowskiej Ukrainy ze zwolennikami Rosji Putina, a także (jak sądzę) zwolennicy Bolka i Lolka, z wielbicielami Pszczółki Mai.

Skąd się to bierze? Ano stąd, że w takiej grupie jest kilka tysięcy osób, a wypowiadać się może kolejne kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy do grupy nie należą, ale algorytm fb polecił im ten, czy inny wpis. Są to różni ludzie i niestety, znajdują się wśród nich tacy, których normalnie nikt nie lubi i nie traktuje poważnie. W internecie mogą uwolnić swoje kompleksy i „dopieprzać”, komu się da, bo są przekonani o swojej anonimowości, czyli nietykalności. Zdanie: „na żywo by mi tego nie powiedział, bo by dostał w mordę, a tutaj pluje jadem ile wlezie, bo może”, nigdzie nie jest tak bardzo aktualne, jak właśnie na facebooku. No i jeszcze sprawa reklam. To nie są takie normalne reklamy, tylko wpisy udające spontaniczne wypowiedzi „zwykłych” użytkowników. To samo gówno występuje masowo na Youtube. Na przykład taki tekst – Ta metoda wprawiła w szok Elona Muska… Na zdjęciu oczywiście jest tenże Elon Musk, z miną wyrażającą szok. Nieświadomy użytkownik klika link, żeby dowiedzieć się, co takiego zaszokowało znanego producenta pojazdów na baterie i ogląda półgodzinny film o niczym, w którym nawet nie pokazuje się postać Muska. Ale reklama chwyciła i widzimy, że to wkurwiające „coś” ma 10 milionów wyświetleń i półtora miliona lajków. Niestety, jak grupa jest popularna, to takie rzeczy się dzieją, bo to jest cel istnienia facebooka. Jeśli nie jest popularna, to nikt tam nie zagląda. Czaicie?

Jest, dajmy na to, grupa „Black and white photography”. Zapisujemy się i widzimy faktycznie jakieś fajne zdjęcia. Chcemy więc pokazać swoje prace, porozmawiać, wymienić uwagi, dołączamy do grupy. Po jakimś czasie dostajemy mniej, lub więcej lajków i… Na tym się kończy. Do tego, te wszystkie lajki nie mają żadnego sensu, bo dają je ludzie, do których facebook dotrze, za pomocą swoich algorytmów i podstawi im dane zdjęcie pod nos. A jak nie podstawi, to sami nie znajdą. Bo na fb nikt nie szuka tego, co go interesuje. W rezultacie mamy dwa podobne zdjęcia, z których jedno ma pięć lajków, a drugie pięć tysięcy. I nie wiadomo, dlaczego.

Facebook działa jak wirus. Jak rak. Rozprzestrzenia się w postępie geometrycznym, ale kompletnie chaotycznym. Nie kontrolowanym. Dla herr Zuckerberga nie ma znaczenia, czy zdjęcia czarno białe dotrą do wielbicieli czarno białych zdjęć. On ma to w dupie. Jego interesuje tylko liczba użytkowników i liczba powiązań między nimi, bo to generuje olbrzymi rynek reklam i ich potencjalnych odbiorców. I z tego herr Zuckerberg ma szmal.

Ponawiam więc pytanie – Gdzie się mają podziać fotoamatorzy? Gdzie mogą się spotkać i porozmawiać na temat wspólnej pasji?

Fotografia amatorska w Polsce, w mediach w ogóle nie istnieje. Umarła. Nie znaczy to, bynajmniej, że nie ma fotoamatorów. Oni są, ale zostali osieroceni, bo nie mają się gdzie podziać. Wszystkie grupy na fb traktujące o fotografii, blogi, strony, czy fora, jeśli tylko są wystarczająco popularne, by być zauważalne, są przedsięwzięciami na wskroś komercyjnymi, albo handlowymi. Albo opanowanymi przez psychopatów. Bo w Polsce niestety jest wciąż „socjalistyczny dobrobyt” (w co wielu ludzi nie może uwierzyć) i w związku z tym istnieją całe rzesze, które szukają źródeł zarobku gdziekolwiek, byle nie w miejscach, gdzie się naprawdę pracuje. W jakimś badaniu „kim chciałabyś/chciałbyś zostać” przeprowadzonym w grupie 18-latków, a więc osób wchodzących w dorosłe życie i znajdujących się w tym punkcie, kiedy trzeba zadecydować o kierunku swojej dalszej edukacji, ponad 70 procent zadeklarowało, że chce być blogerem, influencerem, youtuberem itd. Czyli ponad 70 procent prawie dorosłych ludzi chce zarabiać pieniądze na nie robieniu niczego! Trudno się dziwić, że w tej sytuacji, jeżeli już ktoś bierze się za fotografię, to chce robić na niej biznes. A co z fotografią, jako hobby? No cóż… Poległa na polu chwały. Ale nie znaczy to, że nie ma na nią zapotrzebowania.

O forach fotograficznych pisałem już trochę i powiedziałem na ten temat wszystko, co miałem do powiedzenia. Ostatnio jednak, dzięki uprzejmości Mateusza (Winia), przeczytałem tekst, który podobno kraży gdzieś po internecie i świetnie, moim zdaniem, oddaje prawdziwy obraz tych miejsc…

Najśmieszniejsze jest to, że każda, absolutnie każda rzecz, ma gdzieś jakieś forum zrzeszające hobbystów. Szukałem kiedyś latarki. Tzw. czołówki. Na jeden wyjazd z namiotem na 3 dni. Konkretnie to googlałem gdzie jest jakaś marketowa promocja, żeby zamiast 23zł zapłacić coś bliżej 10. Okazuje się, że latarki mają forum. Na forum dowiedziałem się, że najtańsza latarka która świeci, kosztuje 200zł. Ale to i tak badziew, bo w razie jakbym wpadł do jaskini i czekał dwa tygodnie na pomoc, to wodę mogę lizać ze ścian, ale latarka zgaśnie mi po 7 dniach nieustannego świecenia. A to przecież absolutnie nieakceptowalne. Tańsze w ogóle nie wchodzą w grę, bo przecież przy 100 lumenach zgubię się w ciemności. Będę widział tylko na 5 metrów zamiast na kilometr. Na dodatek nie da się tańszych w ogóle używać, bo kąt świecenia w każdym egzemplarzu różni się o parę stopni, czyli to musi być badziew. Całkowicie dyskwalifikujący jest fakt że raz w roku będę musiał zmienić baterię, a w wypadku gdybym wpadł do oceanu to przeciekają po godzinie. Mieli też dział DYI w którym pokazywali np jak użyć sprzętu pomiarowego za 5tys zł żeby ustalić jak zmienić fabryczny rezystorek coby latarka miała pół lumena więcej. I do tego odpowiedzi na kilkanaście stron z gratulacjami i bluzgami na producenta że sam na to nie wpadł. Latarkę kupiłem w końcu za 9zł w pierwszym lepszym markecie. Nie wpadłem do jaskini ani do oceanu a baterie wymieniłem po roku.

Ja może dodam tylko od siebie, że dobra latarka powinna mieć Wi-fi, GPS, USB, ABS, SatNav, Start-Stop, dopalacz cząstek stałych i rozkładaną baterię słoneczną (pardon, teraz to się mówi – ogniwo fotowoltaiczne) do ładowania superwydajnych litowo – jonowo – poliwęglanowo – tytanowych baterii, gdy po 25 latach ciągłego świecenia z mocą 3000,000,000 lumenów, trochę siądą… Do innych latarek nawet się nie dotykajcie. To badziew.

To co w końcu ma zrobić ten fotoamator?

Dobre pytanie. Jeśli jesteś fotoamatorem i chcesz robić to, co zawsze robili fotoamatorzy, czyli doskonalić się i podnosić swoje hobby na wyższe poziomy, to czytaj książki, oglądaj albumy (zarówno starsze, jak i nowsze, choć ja osobiście preferuję te z lat 90), stare czasopisma, wertuj internet w poszukiwaniu blogów fotograficznych (niestety, najwartościowsze są te obcojęzyczne), a przede wszystkim rób dużo zdjęć.

Jeśli chcesz wymieniać doświadczenia, dyskutować o swojej pasji z innymi ludźmi, oglądać ich zdjęcia i pokazywać swoje i czasami zwyczajnie pogadać, o głupotach, „zrób to sam”. Załóż własnego bloga, własne forum, zaproś znajomych, którzy lubią fotografię, na spotkanie (takie na żywo), wybierz się na jakąś wystawę i tak dalej. Nie wstępuj jednak do lokalnego „Towarzystwa fotograficznego”, bo tam średnia wieku, to jakieś dwieście osiemdziesiąt lat… To są zgrzybiali starcy, którzy muszą czymś się zająć, więc spotykają się w najbliższej świetlicy, raz na tydzień i przy szklance herbaty (albo czegoś mocniejszego) wspominają, jak to było za sanacji, albo za PRL-u. Fakt, było może i pod paroma względami lepiej, ale biada „gówniarzowi”, który pojawi się na takim kółku różańcowym. W najlepszym przypadku, każą mu usiąść w kącie i nie przeszkadzać, w najgorszym, wyrzucą go za drzwi. Trzymajcie się też z daleka od wszystkiego, co nosi choćby najmniejszy ślad przedsięwzięcia komercyjnego. Prywatna szkoła fotografii, kurs, warsztaty, to są wszystko rzeczy organizowane przez dyletantów, którzy „robią biznes na fotografii” i obedrą Was ze skóry. A Wy nie jesteście zainteresowani biznesem. Wy jesteście fotoamatorami…

Krótko mówiąc, nie jest różowo.

Właściwie, to jest nawet jeszcze gorzej. Wygląda na to, że fejsbuk, inne serwisy społecznościowe i kluby zżartych zazdrością do całego świata starców, nie wiedzieć czemu nazywane „forami fotograficznymi”, zamordowały całkowicie ruch amatorski. Z jednej strony, niektórzy uważają, że fotografia, jaką znaliśmy do tej pory, stanie się (już się stała) elitarnym hobby, a w codziennym życiu, obrazowanie świata wokół nas, pozostawimy w niedługim czasie maszynom. Tak, jak napisano w cytowanym już kiedyś przeze mnie artykule…

To wszystko jednak tylko nieśmiałe początki. Już dziś aparaty Google mają Google Lens, który znajduje informacje o obiektach w kadrze. Samsung robi to samo z Bixby. Na razie triki te służą tylko poniżaniu użytkowników iPhone’a, ale łatwo wyobrazić sobie, że gdy następnym razem zrobisz selfiaka pod wieżą Eiffla, twój telefon powie: wiesz, ten selfiak jest do dupy; pozwól że podmienię zdjęcie w tle na ostre, poprawię ci fryzurę i usunę pryszcza. Jeśli chcesz wrzucić tę fotę na Instagrama, polecam filtr VSCO L4. Nie ma za co. Potem aparat zacznie podmieniać trawę na bardziej zieloną a przyjaciółki na przyjaciółki z większymi cyckami. Czy jakoś tak. Nowy wspaniały świat.

Z drugiej strony, ci sami ludzie, z entuzjazmem niemalże, przyjmują kolejne „wynalazki” potentatów fotograficznych, mające na celu wyeliminowanie środowiska, w którym fotoamatorzy mogliby przeżyć. Tak jak przewidująca gospodyni, która utrzymuje porządek w chałupie, żeby nie zagnieździły się jej myszy (wiadomo, że jak nie będzie bałaganu, to nie będą miały gdzie się schować), tak wielkie koncerny „czyszczą” rynek z wszelkich zaułków i enklaw, które mogłyby dać schronienie nielicznym, pozostałym jeszcze przy życiu, pasjonatom. Bo pasjonat, fotoamator, to wróg nowoczesnego rynku. Kiedyś cały przemysł opierał się na fotoamatorach. Dziś fotoamatorzy „to złe kobiety są”. Idealny klient, to klient masowy, nie interesujący się fotografią, bezmyślny tępak, który ma nowoczesnego smartfona Hujałej Pro, „bo wszyscy go mają”. Za parę miesięcy się wypuści kolejny model i on go kupi, bo wszyscy go kupią, a przecież nie można się wyłamywać.

Nie dziwota więc, że nawet aparaty z tzw „górnej półki” (o jednym z nich pisałem tutaj) schlebiają nie pasjonatom, ale masom. Gadżeciarzom i sprzętowym onanistom. Ludziom, którzy wierzą w reklamy. Którzy uważają, że jak coś zostało „zrecenzowane” na Youtube przez Chińczyka Li, to jest to z pewnością coś, co nazywamy „opinią niezależną”. Taa, jasne. A ten świstak siedzi i zawija w sreberka…

Na koniec (właściwie powinienem napisać to na początku) powiedzmy sobie jeszcze raz, kim jest, a raczej kim nie jest fotoamator. Żeby było jasne. Otóż nie jest to fotograf początkujący, taki który się dopiero uczy, nie jest to inne określenie dyletanta i nie jest to również „nieprofesjonalista”. Fotoamator, to człowiek, który kocha fotografię i będzie ją kochał, choćby wbrew całemu światu. I nie zmienią tego ani fejs, ani „kółka wzajemnej adoracji”, ani wielkie koncerny.

I on przetrwa, a nawet się odrodzi na nowo. A ci, którzy chcą go wytepić, przeminą. Jak mżawka, po której znów wyjdzie słońce…