Podobno dobry fotograf, zrobi zdjęcie i słoikiem po ogórkach…

… Tylko ciekawe dlaczego, kupują jakieś Nikony, Canony i obiektywy za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Przecież taki słoik kosztuje najwyżej piątaka, a jeszcze można wykorzystać ogórki, pod kilka głebszych. A może oni tak tylko mówią, a wcale nie uważają się za „dobrych fotografów”? Oprócz słoika, można jeszcze zrobić świetne zdjęcia pudełkiem po butach, drzwiami od stodoły i z tego co pamiętam, Smieną.

Z drugiej strony, aparat, to właściwie soczewka i klatka filmu, ewentualnie matryca światłoczuła. Zapakowane w jakąś obudowę i wyposażone w uchwyt. Może więc jednak da się? W końcu znane są liczne opowieści, które zaczynają się od słów – Ja Smieną, to takie zdjęcia robiłem, żeśta w życiu nie widzieli lepszych! – No tak, tylko że to było w czasach, kiedy nie było smartfonów, ale było mnóstwo ludzi, którzy choć w ogóle się nie znali na fotografii, chcieli mieć udokumentowane niektóre chwile ze swojego życia. Mówiąc inaczej, zdjęcia ze Smieny (czyli właściwie takiego trochę lepszego pudełka po butach) były świetne, bo masy ludowe nie były w stanie zrobić lepszych. Oczywiście istniały aparaty lepsze, ale do tego, żeby zrobić nimi jakiekolwiek (nie tylko świetne) zdjęcie, potrzebna była pewna wiedza.

Dziś sytuacja się odwróciła. Rolę taniego masowego urządzenia, służącego do uwieczniania chwil, momentów i imienin u cioci, przejął smartfon. Różnica między nim, a Smieną jest taka, że smartfon jest znacznie łatwiejszy w użyciu, a zdjęcia są tańsze, bo nie kosztują w zasadzie nic. Film ze Smieny trzeba było jednak kupić, naświetlić te 24, albo 36 klatek, dać do wywołania i zapłacić za odbitki. Trzeba było też coś tam ustawić. W telefonie nie ustawia się nic. Kieruje się toto przed siebie i naciska wirtualny spust, na ekranie. Gotowe.

Natomiast dziś, gdyby ktoś jednak chciał robić zdjęcia Smieną, musi dysponować całkiem sporą wiedzą na temat fotografii i workiem pieniędzy, chyba, że pohamuje skłonność do robienia milionów zdjęć, niczemu. Kiedyś wracaliśmy z wakacji z kilkoma rolkami filmu, czyli z jakimiś kilkudziesięcioma zdjęciami, a dziś, wychodzimy do miasta po chleb i wracamy z setkami obrazów, na których nic nie ma i o których zapominamy już po paru minutach od zrobienia. Bo możemy i to jest „za free”. Ponadto, nie oglądamy tych zdjęć tak, jak oglądało się je kiedyś. Umieszczamy je po prostu na którymś z portali społecznościowych, zbieramy lajki i kompletnie nie przejmujemy się tym, że za miesiąc, nikt nie będzie już o nich pamiętał. A także tym, że ich jakość jest okropna. Na ekranie telefonu tego nie widać.

Prawdziwe, współczesne aparaty wcale nie są pod tym względem lepsze. To znaczy… Są na pewno lepsze jakościowo i można nawet to, co nimi zrobimy, wydrukować, ale łatwość uzyskania pliku z obrazem, jest praktycznie taka sama, jak w telefonie, a koszt wynosi nadal zero. Oczywiście sam aparat trzeba kupić, no i komputer też by się przydał, ale nie ma tego czynnika, który ograniczałby ilość. Dlatego „fotograf”, robiący dziś zdjęcia, powiedzmy ślubne, uważa za normę 10 tys. naświetlonych klatek, tylko na jednym weselu. Są tacy, którzy chcąc zrobić zwykłe pamiątkowe zdjęcie, np swojemu dziecku, trzaskają kilkadziesiąt, albo kilkaset klatek. Nowoczesne aparaty bezlusterkowe, z elektroniczną migawką, umożliwiają robienie 20 – 30 zdjęć na sekundę. Użytkownicy więc z tego korzystają. W sumie, trudno im się dziwić, ale… Wiecie co? Ja im wcale nie zazdroszczę. Trudno mi sobie wyobrazić, że miałbym przeglądać dziesiątki surowych strzałów, żeby wybrać jedno najlepsze zdjęcie. Wolę zrobić trzy, góra pięć i dopiero z tej liczby wybrać jedno, perfekcyjne. Szczerze mówiąc, właśnie tak zazwyczaj to wygląda…

A więc ustaliliśmy, że fotografować każdy może. Robić „jakieś tam” zdjęcia współczesną odmianą Smieny, albo najnowszym bezlusterkowcem Sony, jest tak samo łatwo. W każdym razie, nie trudno. I dlatego, ludzie, dla których fotografia jest czymś więcej, niż tylko bezmyślnym rejestrowaniem przestrzeni przed nimi, dla których fotografia jest pasją, po jakimś czasie mogą mieć tego dość. Zapragną czegoś trudniejszego. Czegoś, co będzie wyzwaniem dla ich umiejętności i pozwoli „poczuć temat”.

To trochę tak, jak z jazdą samochodem. Współczesne pojazdy są tak dopracowane, wygodne, ciche i odizolowane od drogi, że kierując nimi, musimy właściwie uważać, żeby nie zasnąć. Jeśli kierowanie jest dla ciebie pasją, to znacznie większej przyjemności dostarczy ci stare Audi Quatro, z 1982 roku, bez wspomagania kierownicy, bez ABSu, komputera pokładowego i wygłuszenia wnętrza, niż jakikolwiek współczesny samochód. Ale uwaga! Jeśli jesteś kiepskim kierowcą, to niech Bóg ma cię w swojej opiece, bo prawdopodobnie ta podróż będzie twoją ostatnią.

Co zatem może uczynić pasjonat fotografii, żeby zmierzyć się z tworzywem i poczuć, jak to jest zrobić coś samemu? No cóż… Najprościej by było sięgnąć po film. Albo zrobić to w mokrym kolodionie. Ale to wymaga przygotowań i skompletowania sprzętu. Zostawmy więc na razie „tył”, czyli matrycę i weźmy się za to, co z przodu. Czyli za obiektyw.

Obiektywy, zasadniczo dzielą się na drogie i tanie, oraz bardziej znane i mniej znane. Istnieje jeszcze podział na dedykowane i pochodzące z najróżniejszych urządzeń, oraz epok. Czyli w ogóle nie pasujące do naszego aparatu. Zazwyczaj zabawę zaczyna się od szkieł na gwint M42, czyli tego wszystkiego, co było na wyposażeniu Zenitów, Praktic i niektórych (nielicznych) aparatów produkowanych w krajach kapitalistycznych. Po krótkim okresie fascynacji, oraz zupełnie niedorzecznymi cenami, sytuacja się ustabilizowała i w tej chwili większość tego, co ma ów gwint, jest tania jak barszcz. Są wprawdzie jeszcze jakieś niedobitki, w rodzaju „legendarnych” Pancolarów, albo portretowych osiemdziesiątek piątek Heliosa (nawiasem mówiąc, bardzo gównianych), które osiągają absurdalne ceny, pomiędzy 800, a nawet 2000 zł, ale większość standardowych pięćdziesiątek, można dostać już za około 50 – 100 zł. Niestety, tylko część z tego złomu, nadaje się do robienia zdjęć, a całą resztę możemy sobie darować. Przy czym, mówiąc „nie nadaje się”, nie mam na myśli, że są to obiektywy nieostre, czy obciążone jakimiś aberracjami. Nieostrość nie jest największym problemem, a aberracje mogą być nie raz bardzo ciekawe. Rzecz w tym, że te szkła nie mają w sobie kompletnie nic interesującego. Są przeciętnie ostre, przeciętnie kontrastowe, przeciętnie radzą sobie pod światło i dają przeciętne rozmycie tła. A na dodatek, są przeciętnie wykonane. Jedyny pożytek z nich jest taki, że możemy je postawić na półce, gdzie będą pełnić rolę dekoracji. Przeciętnej dekoracji…

Takim królem przeciętniaków, jest przeważnie każdy Helios. Dlaczego przeważnie? Bo zdarzają się ciekawe egzemplarze, które mają nieco lepsze powłoki antyodblaskowe, i są lepiej skorygowane, co skutkuje lepszą ostrością.

Dwa najpopularniejsze Heliosy, to 44M (powyżej), oraz 44-2 z przysłoną preselekcyjną. Oczywiście w internecie można znaleźć setki zdjęć, z „przepięknym zakręconym bokehem”, ale szczerze mówiąc, to jest trochę naciągane. Żeby uzyskać taki „swirly bokeh”, muszą zaistnieć specyficzne warunki, oświetlenie, motyw, no i przysłona. Generalnie, trudno jest uzyskać ten efekt, a jeśli już, to wcale nie jest taki mocny, jak na tych przykładowych zdjęciach. Można go wzmocnić, ale w tym celu trzeba odwrócić przednią soczewkę do góry nogami. Wtedy to widać, ale obiektyw kompletnie traci ostrość. On i tak królem ostrości nie jest, żeby uzyskać zadowalający efekt, trzeba go przymknąć przynajmniej do f 8.

Zdjęcie zrobione Heliosem 44-2 przysłona f 8

Powyższe zdjęcie było zrobione właśnie przy przysłonie 8 (nawet tak pomiędzy 8, a 11) i choć niby jest ostre i widać szczegóły, nawet daleko na horyzoncie, to jednak kontrast pozostawia nieco do życzenia. Portret również wychodzi przeciętnie, a ulubiony motyw wszystkich eksperymentatorów, czyli kwiaty z bliska, wychodzą interesująco właściwie na wszystkim. Dlatego Heliosy można sobie darować. Oczywiście, jeśli ktoś lubi eksperymenty z „malowaniem światłem” i odwracaniem soczewek, może się tym pobawić. Nawet w przypadku nie dającego się naprawić uszkodzenia, nie będzie szkoda tego szkła zepsuć.

Kolejna „legenda”, to wschodnioniemiecki Tessar 50mm, f 3,5.

Ludzie, którzy zwykle nie wiedzą, o czym mówią, albo nigdy nie mieli tego obiektywu w rękach (co na jedno wychodzi), zachwalają jego „niesamowitą plastykę”, „legendarną ostrość” i w ogóle twierdzą, że każda dziewczyna sportretowana przy jego użyciu, będzie wyglądała, niczym Claudia Shiffer. Nieprawda.

Krajobraz, przysłona 8

Owszem, ostrość jest niezła (przy minimalnej przysłonie 3,5 to nic dziwnego), odwzorowanie barw całkiem przyjemne, miękkość obrazu nawet daje się zauważyć. Ale żeby to było coś rewelacyjnego, coś, czego nie dają inne standardowe obiektywy? Nie powiedziałbym…

Ten sam obiektyw, zdjęcie z bliska, przysłona 5,6

No i jeszcze ta beznadziejna przysłona, która nigdy nie działa jak należy. Jest to tak normalne, że w ogłoszeniach o sprzedaży tych obiektywów, bardzo często na pierwszym miejscu jest zdanie (powiększoną czcionką) – Uwaga! Działająca przysłona. A to, wierzcie mi, potrafi zepsuć całą przyjemność z robienia zdjeć. Właśnie dlatego miałem tego cholerstwa dosyć i jak tylko pojawił się kupiec…

Następny „mit”, czyli Pancolar. Jest to obiektyw Gaussa, a więc konstrukcja o dużej liczbie soczewek (zdaje się, że 6), co powoduje znaczny spadek kontrastu i problemy z robieniem zdjęć pod światło. Najlepsze standardowe obiektywy, produkowane od lat 50, głównie do lustrzanek, to były właśnie konstrukcje Gaussa, tylko że dopiero wtedy nauczono się robić dobre, wielowarstwowe powłoki antyrefleksyjne i dopiero wtedy można było wykorzystać w pełni ich zalety.

Pancolar występował w wersji ze zwykłymi powłokami (tzw Zebra)…

… Oraz z powłokami wielowarstwowymi. Ten drugi był oczywiście lepszy, ale jeśli nie robiło się zdjęć pod światło, to różnice były ledwo zauważalne. Jest to obiektyw pod każdym względem przeciętny. Można się nim pobawić, z całą pewnością jest lepszy od jakiegokolwiek Heliosa i ze względu na sześciolistkową przysłonę, daje ciekawe rozmycie obrazu, tudzież flarę. Ale naprawdę ostry i naprawdę warty posiadania w swojej kolekcji, jest dopiero Pentacon 50mm f1,8, który był stosowany w Prakticach, przeważnie serii MTL. Niby to samo, co Pancolar, ale jednak…

Nawet na pełnym otworze, ten cudowny obiektyw, potrafi być ostry jak rzeźnicka siekier. Poza tym ma niesamowite rozmycie tła. Nie agresywne i zakręcone, ale właśnie takie… Naturalne i sprawiające, że obraz wydaje się bardzo plastyczny.

Natomiast przymknięty do f5,6 – 8, jest po prostu niesamowity. To wycinek ze środka kadru, zdjęcie robione w samo południe, przysłona 5,6

A to cały kadr, z zaznaczonym wycinkiem…

Zdjęcia krajobrazowe, po przymknięciu do f8 – 11, są tak ostre i szczegółowe, że można bez obawy myśleć o wielkoformatowych wydrukach. Detale, jakie jest w stanie zarejestrować ten obiektyw, nie są nawet widoczne na ekranie komputera. Dopiero przy dużym powiększeniu…

To jest ciężko zobaczyć tutaj, ale większość z powyższych zdjęć można obejrzeć w galerii, w nieco lepszej rozdzielczości.

Tak jak mówiłem, szkieł z gwintem M42, jest mnóstwo. O wielu z nich krążą legendy. Ale tak naprawdę, to wszystko kupa złomu. Dość przeciętnego. Gdybym miał wymienić wyjątki, a więc naprawdę dobre obiektywy, które warto wypróbować, w naszym „pudełku po butach”, to z całą pewnością należałby do nich Pentacon 50mm f1,8. Jako stotrzydziestkapiątka, Jupiter 37A i może jeszcze dwusetka, Jupiter 21M, 300 milimetrowy Tair-3 i szerokokątny Flektogon 20mm. Nie wspomniałem jeszcze o chwalonych (i bardzo drogich) Takumarach z gwintem M42, jakie były używane w starych Pentaxach. Niestety, te obiektywy są również, co najwyżej przeciętne. Ładnie wyglądają, mają świetną mechanikę, piękne powłoki antyodblaskowe, ale tak naprawdę, dobry jest tylko 55mm f 1,8.

Nie dysponuję w tej chwili żadnymi zdjęciami z tego obiektywu, ale zapewniam Was, że są wspaniałe. W ogóle, to jeden z czterech najlepszych obiektywów standardowych na Świecie, jakie kiedykolwiek zostały wyprodukowane. Pozostałe 3, to Canon 50/1,8, Nikkor 50/1,8, oraz X-Fujinon 50/1,9.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Olympusy serii OM też były dobre i całe mnóstwo różnych Mirand, Mamiyi, Fujinonów, Chinonów, a także Pentaxów, Minolt i nawet Prakticarów, ale to wszystko były obiektywy przeciętne. Nie wyróżniające się niczym szczególnym. Gdy mówię, że te cztery były najlepsze, a reszta to złom, używam pewnej przenośni, poza tym nie jestem w stanie sprawdzić absolutnie każdego obiektywu na świecie, choćbym ograniczył się tylko do tych z gwintem M42.

X-Fujinon 50/1,9

Chcę jednak rozprawić się z mitem. Z powtarzanymi bezmyślnie bzdurami, na temat „legendarnego bokehu Heliosów”, „legendarnej i niedoścignionej plastyki Tessarów”, bo ludzie, którzy bardzo często szafują takimi określeniami, nie wiedzą nawet co to jest bokeh, ani tym bardziej, plastyka obrazu. To zaś prowadzi do absurdalnych cen, jakie osiągają te, gówniane w gruncie rzeczy, szkła.

Jednym z takich „legendarnych obiektywów”, był zawsze Sonnar 180/2,8. W licznych testach i recenzjach, ludzie dosłownie rozpływają się nad nim, jaki jest legendarny, jaki ma śliczny bokeh i jaką niesamowitą plastykę obrazu. O wspaniałej jakości wykonania i mechanice, nie wspominając.

Tymczasem, jest to obiektyw skonstruowany w 1936 roku, przeznaczony do kamer średnioformatowych i mający rozdzielczość na poziomie 24linii/mm w centrum kadru i 18linii/mm na jego brzegu. Poważni ludzie, którzy wyciągają wnioski na podstawie obserwacji, a nie powtarzają bezmyślnie zasłyszane opinie, są zgodni co do jednego. Ten obiektyw robi nieostre zdjęcia! Jeśli dodamy do tego koszmarną wprost aberrację chromatyczną (która w czasach dominacji fotografii czarno białej, nie miała aż takiego znaczenia) i to, że obiektyw ten jest półtora kilogramowym, olbrzymim i nieporęcznym monstrum, to staje się jasne, że w świecie współczesnej fotografii, nie powinien mieć żadnego zastosowania. A jednak, na licznych forach i blogach (nawet na angielskojęzycznym forum Pentaxa, które wydawałoby się całkiem poważnym), można przeczytać takie zdania, jak „niebywała ostrość, wspaniały bokeh, niepowtarzalna plastyka obrazu…”

Niektórzy ludzie pokazują swoje zdjęcia, portrety, zrobione tym „czołgiem”, które są nieostre, mają nieciekawe, mydlane tło i są kompletnie pozbawione kontrastu, mając nadzieję, że ktoś to skomentuje i będzie zachwycony. A tymczasem inni to oglądają, drapią się w głowę i zastanawiają się, o co tu kurde chodzi?

– No nie widzicie, jakie piękne zdjęcia? – Bardzo nam przykro, ale nie widzimy…

Tymczasem ceny tego monstrum, na portalach aukcyjnych, oscylują w granicach 1000 – 2000 zł! Przecież to czyste szaleństwo!

Jeśli więc po przeczytaniu tego artykułu, ktoś zechce zaprotestować i powiedzieć, że jego zdaniem, taki, czy inny obiektyw z gwintem M42, o którym tu nie wspomniałem, jest świetny, albo taki o którym wspomniałem i stwierdziłem, że to jest dziadostwo (jak Helios), też jest świetny, to proszę bardzo. Ostatecznie, zawsze gdzieś znajdzie się grupa osób, które będą twierdzić, że papierowa mapa jest lepsza od nawigacji satelitarnej, utarta kora wierzby od Paracetamolu, a lampa naftowa od elektrycznej żarówki. Nie mogę im tego zabronić. Tylko że wszystkie te rzeczy mają przynajmniej jakąś jedną interesującą cechę, a w ostateczności, możemy uznać je po prostu za świadków minionych czasów. Za coś, co warto zachować na pamiątkę (może z wyjątkiem kory wierzbowej). Natomiast te wszystkie, rzekomo „legendarne” obiektywy, są jak zabytkowy stół, który w rzeczywistości został wyprodukowany rok temu, w Chinach. Ani toto nie jest nowoczesne, ani funkcjonalne, a wartość pamiątkowa, też jest właściwie żadna…